Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyprian Norwid. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Cyprian Norwid. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2024

Pompeje oczami romantyków

Wybuch Wezuwiusza, o którym pisałam w poprzednim poście, zniszczył okoliczne miejsca, z których najsłynniejsze są Pompeje. Z roku na rok archeolodzy odkrywają kolejne metry zasypanego wulkanicznym popiołem miasta i dowiadujemy się o nim więcej. Polscy romantycy nie mieli tylu informacji, ale chętnie zwiedzali to miejsce. Przyjrzyjmy się ich wrażeniom. 


Adam Mickiewicz odwiedził Pompeje dwukrotnie w czerwcu 1830 roku. Swoje odczucia opisał w liście do Franciszka Malewskiego: „Forum Pompei z kolumnami połamanymi, świątyniami i podstawami posągów najwspanialszym jest komentarzem forum rzymskiego. Nie można wystawić sobie, nie widząc, gustu i elegancji starożytnych; wszystkie sprzęty, od ołtarza aż do szal i wag miejskich, wiader i kociołków, zdaje się, że były rysowane przez dekoratorów dla teatru, dla wystawienia jakiej opery i baletu. Każdy pyta, gdzie w Pompei mieszkali biedni ludzie, bo każdy domek jest cackiem, jak gdyby dla ubrania ogrodu jakiego zbudowany. Szkoda, że wszystkie ozdoby odarto i przeniesiono do Muzeum. O malowidłach Pompei byłbym w humorze książkę napisać, a przynajmniej jaką deklamacją akademicką. Mało arcydzieł malarstwa nowożytnego może stanąć obok cudownych fresków, a rysunek zdaniem wszystkich nieporównany. Żadna galeria nie sprawiła na mnie tak wielkiego wrażenia.”


Mickiewicz zwrócił uwagę na teatralność miasta. Porównywał je do sceny opuszczonej przez aktorów w dramatycznych okolicznościach. Juliusz Słowacki natomiast przyznaje Joannie Bobrowej: „Herculanum i Pompeja nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Chodziłem po ulicach Pompei z cygarem w zębach jak po spalonej wiosce. Uliczki małe, brukowane przed wiekami, z dwóch stron grobowce i domki bez dachów i sufitów, uróżowane jak stare kobiety szczątkami czerwonych malowideł.” 


Poeta odwiedził to miejsce pięć lat po Mickiewiczu, wiosną 1835 roku. Początkowy lekceważący ton wypowiadania się o Pompejach ustąpił refleksjom filozoficznym: „Dziś, jak przed wiekami, wszystko, co tylko jest pięknego i miłego na tych brzegach, jest przeznaczone na zagładę przez śmierć gwałtowną. Zawsze to jest świeża Pompeja, piękna Pompeja, strojąca się w wieńce i festony w wigilię dnia, który będzie dla niej ostatnim.[…] Na tej ziemi cieniem znikomym jest wszystko, od skromnej stokrotki aż do wulkanu. Ludy i przyrody mijają, odradzają się i odchodzą. Przyroda więcej ma sił, długi czas jest widownią, na której się miotają miliony istot, z roku na rok więdnących, kiedy ona sama więdnie w przeciągu całych miriadów stuleci. […] Piszę te słowa, spoglądając na najwspanialszy z tworów ziemskich. Przeczuwając nieskończone piękno, którego ten widok jest tylko gęstą zasłoną, słabem odbiciem, zabłąkanym dźwiękiem, pozwoliłem sobie na te myśli, które, jakkolwiek w małej pozostają z nim harmonii, są jednak jego fatalnym wynikiem”. (Do Joanny Bobrowej,  Neapol, 30 marca 1835)


Miesiąc później pisał do Konstantego Gaszyńskiego: „Byłem w Pompei: u wnijścia do miasta groby, zaraz potem za bramą pierwszy budynek, to dom rozpusty, śmierć i rozkosz, dwa największe działacze materialnego świata. W tej odgrzebanej mumii piękne są pomniki. Architektura grecka skandowana, jak wiersze Enejdy; matematyka, prawo rzymskie stare, w kamień wcielone. Tu dopiero starożytność się pojmuje i porównywa z nowemi czasy. Starożytni szli od nieskończoności w skończoność; co od pierwszej zarwać mogli, opisywali drugą, oddzielali od matki. My ze skończoności wychodzim, a dążym w nieskończoność”.


Największe wrażenie z Pompejów, zachowane w poezji, znajdziemy u Cypriana Norwida. Odwiedził je dwukrotnie w latach 40. XIX wieku. Efektem tych wypraw jest poemat „Pompeja”, w którym autor stosuje dialog zmarłych ze współczesnymi, zaś zatrzymane w czasie miasto staje się przestrzenią między teraźniejszością i przeszłością. Bohaterami są: Marcus Balbus, konsul Pompejów, którego wspaniały konny posąg odkopano w ruinach Herculanum i nieznany z nazwiska poeta, którego opis przypomina jedną z postaci uwiecznionych na malowidle ściennym w pompejańskim Domu Dramaturga. Los zetknął ich w tym tragicznym dniu. Opowiadają współczesnemu poecie – Norwidowi, który zwiedzając cmentarz pompejański przysiadł na chwilę na grobie kapłanki Mammii, o tym co się wydarzyło 24 sierpnia 79 r. Poznajemy ich mentalność i duchowość, a także tętniące życiem miasto, aż do momentu wybuchu Wezuwiusza.


Pompejański poeta relacjonuje swoje ostatnie chwile:                                                                                                   
I nie wie już, czy goni wibracje odległe,
Słuchowi śmiertelnemu więcej niepodległe,
Czy wraca ciałem w spokój materji, czy marzy?...
Tak byłem — nagle gęsto poczułem na twarzy
Sypany mak, a zdala piorunów deszcz głuchy...
I czucia te, co bolą, gdy przechodzisz w duchy...

Relacja Balbusa, siedzącego na koniu, jest również przejmująca:            

 A lewą cugli sięgam... Powietrze złociste
Owiało mię, rąk chmurę widziałem w lawinie,
I różnych świątyń różne chóry uroczyste,
Tu, tam błyskawicami z cieniu wyrywane.
A koń mój szalał, w bruki bijąc coraz ciszéj,
Jakby na błonia wchodził wciąż zasypywane,
A ja — milczałem, czując, że nikt już nie słyszy...

 ...To Balbus rzekł. Potem,
Znikając, zwolna łączył się z poety cieniem,
Jak włókna dwu obłoków, w jeden spartych grzmotem
I osrebrzonych jednym księżyca promieniem
I znikli...

Obaj bohaterowie poematu w ostatnich chwilach swego życia, zanim znikli zasypani popiołem, poczuli w pewnym momencie na twarzach sypany mak, a do ich uszu dochodził z dala piorunów deszcz głuchy. To spotkanie ze spływem piroklastycznym, który rzeczywiście pochłonął miasto.
                                                          

Na koniec kilka moich spostrzeżeń. Warto odwiedzić Pompeje, gdy jest się w pobliżu. Jeśli jednak ktoś chciałby tam pojechać specjalnie z drugiego końca Europy, to musiałby być pasjonatem ruin i historii starożytnej. Najbardziej zaskoczyły mnie zachowane na murach fallusy (patrz: zdjęcie powyżej) i freski przedstawiające sceny erotyczne. Dzisiejsza rozwiązłość, na którą czasem narzekamy, to nic z pompejańską, o której opowiadał nam przewodnik. 


Mieszkańcy Pompejów cieszyli się życiem. Mieli bogate wille i wielkie rzymskie łaźnie, kasyna, a także domy publiczne. Wszystko skończyło się jednego dnia, kiedy miasto zostało przykryte ponad czterometrową warstwą popiołu. Znaleziono szczątki dwóch tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Możemy ubolewać nad ich losem, ale przecież nasze dni także są policzone. 


Maki, których brak rozczarował mnie na Monte Cassino, zobaczyłam dopiero w Pompejach....

środa, 10 stycznia 2024

Romantycy na Wezuwiuszu

Za oknem zima, miło więc wrócić pamięcią do ciepłych dni. Ostatnia moja podróż zagraniczna odbyła się wiosną zeszłego roku. Wędrowałam wtedy po dawnym Królestwie Neapolu, ale nie zdążyłam opisać jeszcze wszystkich zwiedzonych wtedy miejsc, więc z chęcią wracam. O samym Neapolu przeczytacie tu: https://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/search/label/Neapol

Wezuwiusz widziany z autostrady

Dziś o wulkanie strzegącym miasta, a zarazem zagrażającym okolicznym mieszańcom, czyli o Wezuwiuszu. Zacznijmy od zwiedzania go przez Mickiewicza. Poeta miał tę okazję 1 czerwca 1830 roku. W towarzystwie Antoniego Edwarda Odyńca i trzech innych współtowarzyszy wspinał się na szczyt wulkanu przez półtorej godziny (nam to zajęło godzinę, ale do pewnego momentu podjechaliśmy samochodem). W XIX wieku można było za to zejść do krateru, co dziś jest zabronione. „Byłem w kraterze Wezuwiusza nad samą paszczą i zajrzałem w gardziel, w jego ogniu zapaliłem laskę i cygaro.” – pisał Mickiewicz do Franciszka Malewskiego, filomaty i przyjaciela z czasów wileńskich. Z relacji Odyńca wynika, że poeta, zobaczywszy Wezuwiusz po raz pierwszy jeszcze z daleka, zdjął czapkę, aby oddać cześć temu cudowi natury. Ze szczytu wulkanu podziwiali Zatokę Neapolitańską i sam Neapol. 

Sześć lat później, również w czerwcu, wspiął się na Wezuwiusz Juliusz Słowacki. Przyglądał się mu bacznie już z okien neapolitańskiego pokoju. Wiemy to z listów do matki: „Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim, na ulicy św. Łucji, w Neapolu, patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półokręgu na lewo, w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. (...) Zachwycony jestem Neapolem, nigdy przedtem nie miałem wyobrażenia o Neapolu – nie wiedziałem, jak ten Wezuwiusz stoi na straży z boku zatoki, otoczony u spodu białym wieńcem małych domków – nie wiedziałem, że można mieszkać o 12 kroków od brzegu morskiego i mieć morze dziedzińcem domu swojego, a Wezuwiusz latarnią stojącą u bramy”.

Wezuwiusz od strony morza

„Kiedy patrzę na Wezuwiusz i na białe domki u stóp jego nad morzem, myślę, że można byłoby w jednym z tych domków szczęśliwe pędzić życie – trzeba by tylko z trzykroć majątku. Wtenczas ty, moja droga, miałabyś mieszkanie z ogródkiem pełnym róż, tulipanów i anemonów – ja miałbym także cichą i żaluzjami zielonymi zasłoniętą pracownią, łódkę z białym żagielkiem na morzu, konia – a potem może miłą i dobrą żonę, różowe dzieci – a potem niechby choć popiół przysypał nasze grobowce.” –  pisał do matki.

Widok z Wezuwiusza na Neapol

Na Wezuwiusz wszedł wraz z czwórką przyjaciół. Wybrali się pod wieczór, drogę oświetlając sobie pochodniami. Nocowali w domku pustelnika, znajdującym się tuż przed samym szczytem, tak by obserwować wschód słońca:

„(...) przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej. Trudno się było drapać po osypującym się popiele, ale widok roztrzaskanego szczytu Wezuwiusza wynagrodził nam trud podjęty. Nic piękniejszego, jak ten piekielny obraz żużlowych skał. Niektóre czerwone się wydają jak ogień, inne złotym kolorem siarki umalowane błyszczą od wschodzącego słońca, z niektórych miejsc wydobywają się białe kosmyki dymu. Dalej ogromna przepaść krateru, cicha teraz i połykające rzucane w nią kamienie z ogromnym hukiem. Gdzieniegdzie żużle jeszcze gorące i ciepłe powietrze z ziemi wydobywa się jak z pieca. – Z tej równiny żużlowej widzieliśmy wschód słońca. Nieraz już ta gwiazda zastawała mnie na szczytach gór. Może już mnie zna z twarzy witając mnie tak często pierwszego na ziemi.”

Neapol widziany z Wezuwiusza

Przyznawał się matce do wyobrażeń, których nie powstydziłby się współczesny twórca horrorów:

„Na wulkanie przychodziły mi do głowy różne dziwaczne myśli. Na przykład – myślałem sobie, że nie byłoby cudem wielkim przyrodzenia, gdyby trumny złych ludzi, zakopane w ziemi, przerzynały się przez nią jak strumienie i wpadały podziemnymi drogami do żaru wulkanicznego”.                                  Kiedy pod koniec czerwca na miesiąc przeniósł się do Sorrento, znów widział wulkan z okna wynajętego mieszkania. Matce przesłał oryginalną pamiątkę z Wezuwiusza: „wanienkę z lawy na łzy po Julku”.

Droga na szczyt wulkanu

Do Teofila Januszewskiego pisał:

Patrzałem na Wezuwiusz, aż po lawy ścianie

Drący się księżyc wejdzie, na kraterze stanie

I stamtąd białe czoło obróci do świata. 

Tak zrodzone na grobie dziecko twego brata,

Któremu pierwsza grobu lilia rówieśniczką,

Zamyśloną na ludzi spojrzało twarzyczką

Z cichej ojca mogiły… Gdzie nasz lazurowy

Golf? i ciche przy białym księżycu rozmowy?

Jeszcze trochę do krateru...

Trzeci z wieszczów, Zygmunt Krasiński, zobaczył Wezuwiusz wiosną 1835 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata i kochał się w mężatce, Joannie Bobrowej. Przesyłał jej kwiatki zerwane u stóp wulkanu. Ja szukałam tam czterolistnej koniczyny.

Koniczyna (czterolistna!) na zastygłej lawie

Nowy Rok 1839 witał z ojcem w blasku niezwykłych petard wydobywających się z krateru Wezuwiusza. 19 stycznia tak relacjonował ten wybuch Konstantemu Gaszyńskiemu:
„Byłem na Wezuwiuszu podczas wybuchu i takem sobie oczy popsuł, że nie wiem, kiedy do miary swej przyjdą. Ale praw­da, że piękny był widok: kitą dymu się odział i rozpuścił ją w poprzek nieba w kształt wiejących piór hełmu nad całą za­toką. Księżyc to za nią się chował, a wtedy czarno i czerwono było na ziemi, wtedy piekło, bo płomienie buchały z krateru, to zza niej się wychylał, a wtedy cała przestrzeń słodką bar­wę czystego światła przybrawszy, wydawała się jako pole bi­twy, na którym potęgi anielskie, dziewicze, szatana pokona­ły. Co kilka minut taka odmiana następowała”. 

Krater Wezuwiusza

Na koniec warto dodać, że i czwarty z naszych największych romantyków wspiął się na szczyt Wezuwiusza. Cyprian Norwid, zakochany w Marii Kalergis, nie liczył się ze stanem swego zdrowia i finansów. U jej boku (oraz innych adoratorów) zwiedził okolice Neapolu w 1845 roku. Sam wulkan nie zrobił na nim takiego wrażenia, jak zasypane przez lawę Pompeje. Ale o tym następnym razem.

czwartek, 16 czerwca 2022

Mickiewicz w Opinogórze

 ... nigdy nie był. Co nie przeszkadza tamtejszemu muzeum jedno z wnętrz poświęcić wieszczowi. Wszak wiadomo, że Zygmunt Krasiński, gospodarz Opinogóry, uwielbiał i podziwiał poetę, przynajmniej w pierwszym okresie ich znajomości.


W Opinogórze oprócz zamku jest oranżeria, powozownia, oficyna i oczywiście dwór. A w nim ekspozycja poświęcona romantyzmowi, w szczególności zaś Adamowi Mickiewiczowi. Mamy Rok Romantyzmu w związku z 200. rocznicą debiutu wieszcza, warto zatem przyjrzeć się tej wystawie i przypomnieć relację obu poetów.


Zygmunt Krasiński młodszy od Mickiewicza o trzynaście lat i trzy miesiące, już w dzieciństwie podziwiał debiutującego poetę z Nowogródka. Swoje pierwsze utwory wzorował na balladach, Grażynie, Konradzie Wallenrodzie... Porównywał autora tych dzieł do Ikara, który leci "ku słońcu, lecz skrzydła jego nie topnieją zgoła, przeciwnie rozwijają się, im bardziej się wznosi. (...) Wszystko, co pisze jest wielkie i wspaniałe. 


Poznali się w Genewie w sierpniu 1830 roku. Antoni Edward Odyniec przedstawił młodego hrabiego znanemu już wtedy poecie. Zygmunt dzielił się z ojcem wrażeniami po tym spotkaniu: "Wygląda na rozsądnego człowieka. Ja myślałem, że wcale przeciwnie. Dziwne czasem robimy sobie o ludziach wyobrażenie, które upada za ich poznaniem". 

Jan Styka Mickiewicz jako pielgrzym

14 sierpnia 1830 roku Mickiewicz, Krasiński i Odyniec w towarzystwie guwernera Jakubowskiego wybrali się na wycieczkę w Alpy Wysokie. Wtedy poeci poznali się lepiej. Zygmunt był zachwycony Adamem. Donosił ojcu: "Rozległej on jest nauki, umie po polsku, po francusku, po włosku, po niemiecku, po angielsku, po łacinie i po grecku. Doskonale zna politykę europejską, historię, filozofię, matematykę, chemie i fizykę. W literaturze nikt może w Polsce nie ma znajomości". Ten podziw nie zniknie nawet wtedy, gdy poróżnią się poprzez stosunek do Andrzeja Towiańskiego i jego Sprawy Bożej. Ten wątek jest jednak zbyt skomplikowany, żeby go tutaj streszczać. 


Zygmunt przeżył Adama niecałe cztery lata. Kiedy dowiedział się o śmierci wieszcza, "pękło mu serce", jak się wyraził w liście do Adama Sołtana. W nim właśnie zawarł znane zdanie: "My z niego wszyscy", dodając, że Mickiewicz był największym wieszczem "nie tylko narodu, ale wszystkich plemion słowiańskich". Krasiński opłacił paryski pogrzeb Mickiewicza i wspierał finansowo jego dzieci. Leczył się wtedy w Baden. W połowie stycznia 1856 roku wrócił do Paryża, by oddać hołd największemu z poetów polskich. W jego majątku w Opinogórze pamięć o Mickiewiczu jest obecna i dziś. 
Antoni Kurzawa Mickiewicz budzący geniusza poezji
Jest w Opinogórze upamiętnienie jeszcze jednego poety: Norwida. Jego pomnik, autorstwa Oleksandra Porozhniuka, został odsłonięty w listopadzie 2021 roku na zakończenie obchodów Roku Norwidowskiego. Cyprian i Zygmunt znali się ponad dekadę. Obaj mieszkali w tym czasie w Paryżu. Obaj pochodzili z Mazowsza. Ich skomplikowane relacje, to temat na dłuższą opowieść. Jak Wam się podoba ten pomnik?

sobota, 27 września 2014

New York! New York!

W poprzednim poście zabrałam Was do Nowego Jorku, ale ze względu na rocznicę tragicznego wydarzenia, skupiłam się tyko na miejscu po WTC. Dziś więc kilka zdjęć miasta, okraszonych komentarzami oraz informacjami o pobycie w nim polskich literatów.

Statua Wolności rozczarowała mnie swoim rozmiarem. Myślałam, że jest większa:)


Pierwszym chyba z naszych wielkich, który znalazł się w Ameryce był Cyprian Norwid. 12 lutego 1853 przypłynął tu statkiem "Margaret Evans". Znalazł posadę w pracowni graficznej, ale nie czuł się dobrze z dala od ojczyzny. Jesienią tego samego roku dowiedział się o wybuchu wojny krymskiej i zapragnął wrócić do Europy. Umożliwił mu to książę Marceli Lubomirski. Wiosną 1853 r. obaj już byli na starym kontynencie.


Początki tego uniwersytetu sięgają lat 30. XIX wieku, a więc czasów Norwida

Tematyka amerykańska jest obecna w twórczości Norwida. Najbardziej znany jest, napisany już w Europie na znak protestu, wiersz "Do obywatela Johna Brown". Poeta zabrał głos w prawie skazania na śmierć abolicjonisty. Krytykował rozbieżność między ideałami wolnościowymi Stanów Zjednoczonych a istnieniem w tym kraju niewolnictwa.




New York jednak nie tylko nie zachwycił mnie, ale rozczarował potężnie. Każde z europejskich miast ma jakąś swoją osobliwość, którą istotnie widzieć warto: Paryż ma ich tysiące, Londyn również, Wiedeń ma Stefana, Berlin swego Kaulbacha, Bruksela - Wiertza i Św. Gudulę, Wenecja - swoje kanały, Rzym - papieża i Rzym starożytny, Kolonia - tum najpierwszy na świecie, Kraków - Wawel i Matejkę, Warszawa dobre chęci, którymi jest brukowaną, wielkich ludzi do małych interesów, najdłuższe na świecie języki, Saski Ogród i dobro społeczne w kształcie dziurawego orzecha, na którym świszcze, kto chce i jak mu się podoba. Wszędzie jest jakaś tradycja, wszędzie z murów patrzy na ciebie, jeśli nie czterdzieści wieków, jak było raz powiedziane na pewnym obiedzie dla jednego z jubilatów warszawskich, to przynajmniej kilkanaście; wszędzie widzisz historię zakrzepłą w mur i kamień, wszędzie pewną odrębność narodową, wszędzie jakiś wielki ideał, którego początek w mrokach przeszłości. W New Yorku nie ma tego wszystkiego. Główne ciekawości miasta to hotele i banki, czyli inaczej mówiąc: nie ma tu żadnych pamiątek historycznych, żadnych ciekawości. Historii Stanów Zjednoczonych szukaj w Waszyngtonie; w New Yorku masz tylko kupców. Handel, handel i handel, business i business, oto, co widzisz od rana do wieczora, o czym ustawicznie słyszysz i czytasz. Na rzut oka nie jest to miasto zamieszkane przez taki a taki naród, ale wielki zbiór kupców, przemysłowców, bankierów, urzędników, kosmopolityczny zarwaniec, który imponuje ci ogromem, ruchliwością, przemysłową cywilizacją, ale nuży cię jednostronnością społecznego życia nie wytwarzającego nic więcej prócz pieniędzy. 

To nie moja opinia, choć poniekąd ją podzielam. Tak o Nowym Jorku pisał w 1876 roku Henryk Sienkiewicz. W tym właśnie roku przybył do Ameryki i z początku nie zachwycił się nią. Dopiero później (a spędził tam dwa lata jako korespondent "Gazety Polskiej") docenił oryginalność tego państwa i narodu. Swoje spostrzeżenia spisał w "Listach z podróży do Ameryki", skąd pochodzi powyższy cytat.

Widok na Manhattan z Empire State Building, do niedawna najwyższego budynku na świecie
 (obecnie wyższy jest w Dubaju). 
Za czasów Sienkiewicza oczywiście takich widoków nie było:)

W środku budynek zwany Żelazkiem ze względu na jego kształt. Wybudowany w 1902 r. (jeszcze za życia Sienkiewicza), był wtedy najwyższy.
Z jednego z takich wieżowców, z 12. pietra hotelu Hudson, 8 czerwca 1956 roku wyskoczył Jan Lechoń. Od lat zmagał się z depresją i podejmował kilka prób samobójczych, ta była ostatnia. Poeta przybył do Nowego Jorku w 1941 roku i pracował w Ministerstwie Informacji i Dokumentacji Rządu Polskiego a następnie w tamtejszym studio Radia Wolna Europa.
Od 30 sierpnia 1949 roku prawie do śmierci (ostatniego wpisu dokonał 9 dni przed samobójstwem) pisał Dziennik. Miał on stanowić rodzaj terapii, jak się okazało nieskutecznej. 

Ostatni swój wiersz, Poeta niemodny, Jan Lechoń, napisał w listopadzie 1955. To bolesny rozrachunek ze swoją twórczością i samym sobą.

POETA NIEMODNY

Mówią mi: "Nic nie wskrzesi czasu co przeżyty,
Wkrótce o nim i pamięć wśród młodych się zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nową będą grali sztukę na teatrze".

Cóż robić? Trzeba upić ambrozji się flachą,
Co jeszcze mi została z młodzieńczych bankietów.
Wychodzę z różą w ręku, z księżycem pod pachą.
A resztę pozostawiam dla nowych poetów.
(1955)
Z "Wierszy rozproszonych"

Razem z Lechoniem byli przez pewien czas w Nowym Jorku jeszcze dwaj inni Skamandryci: Julian Tuwim i Kazimierz Wierzyński. Ten ostatni jest już prawie zapomniany. A szkoda! Był to jeden z najbardziej antykomunistycznych naszych poetów, w PRL-u skazany na niebyt, dziś powinien być wskrzeszany.

Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński w 1955 roku.

Wrażenia z pobytu w Stanach zjednoczonych wydał w zbiorku "Moja prywatna Ameryka". Próbował spojrzeć na to miejsce obiektywnie. Widział słabe punkty, ale bronił mocnych. Ubolewał, że świat ma nieprawdziwy obraz mieszkańców tego kontynentu: "Kapelusze turystów z Teksasu pokrzykujących w Luwrze przysłoniły plan Marshalla i odbudowę Europy". Odbudowę, z którą, jak sądził, po II wojnie światowej stary kontynent sobie nie poradzi bez Ameryki.

Widok na Manhattan z Empire State Building

Na stronie http://hej-kto-polak.pl/wp/?p=58942&page=3
można usłyszeć Kazimierza Wierzyńskiego, czytającego swoje wiersze. Polecam, to są nagrania sprzed pół wieku!

Po śmierci Lechonia zanotował:
"Mówi się - double talk,
Sni się - double dreams, Żyje się - double life,
Ale skacze się z okna tylko raz".

Osobiście zajął się pogrzebem przyjaciela.

Słynne żółte nowojorskie taksówki.





Pod koniec II wojny światowej przebywał w Nowym Jorku także trzeci z poetów Skamandra - Julian Tuwim. Lechoń i Wierzyński nie mogli mu darować, że wrócił do komunistycznej Polski (w 1946 roku), gdzie nie można było być niezależnym poetą. Tuwim jednak nie chciał żyć poza ojczyzną, tęsknił za nią bardzo i gdy tylko można było bezpiecznie wrócić, zrobił to. W Ameryce powstały jego "Kwiaty polskie", w których czytamy m.in.:



Ojczyzna
Jest moim domem. Mnie w udziale
Dom polski przypadł. To – ojczyzna

A inne kraje są hotele.





Dlatego Ameryce nie poświęcił zbyt wiele uwagi w swojej twórczości. W książce wydanej w 1950 roku, korzysta z doświadczeń amerykańskich, bawiąc się językiem. Przytacza ...historię pewnego pana nazwiskiem Abel, który pojechał do Ameryki. Tam nazywano go Ebel. Zaczął się więc pisać Ebel. Wtedy mówiono mu: Ibel. Pisał się więc Ibel. Wtedy zaczęto go nazywać Ajbel. Więc na wizytówce zjawisł się Ajbel, co Amerykanie wymawiali Edżbel. Na wizytówce ukazał się Edżbel… Słowem, po paru miesiącach p. Abel wyjechał z Ameryki jako Mr. Kopstruczumcziwadze. ("Pegaz dęba, czyli panopticum poetyckie")


Czesław Miłosz, odwrotnie niż Tuwim, wojnę przeżył w Polsce a po jej zakończeniu, wyemigrował. W Nowym Jorku mieszkał tylko kilka miesięcy w 1946 roku, na początku swojego prawie 50-letniego (z przerwami) pobytu w USA. Pracował tu jako radca kulturalny w Konsulacie Generalnym RP. Potem wyjechał do Waszyngtonu. Ale o tym następnym razem:)