Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juliusz Słowacki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Juliusz Słowacki. Pokaż wszystkie posty

środa, 24 stycznia 2024

Pompeje oczami romantyków

Wybuch Wezuwiusza, o którym pisałam w poprzednim poście, zniszczył okoliczne miejsca, z których najsłynniejsze są Pompeje. Z roku na rok archeolodzy odkrywają kolejne metry zasypanego wulkanicznym popiołem miasta i dowiadujemy się o nim więcej. Polscy romantycy nie mieli tylu informacji, ale chętnie zwiedzali to miejsce. Przyjrzyjmy się ich wrażeniom. 


Adam Mickiewicz odwiedził Pompeje dwukrotnie w czerwcu 1830 roku. Swoje odczucia opisał w liście do Franciszka Malewskiego: „Forum Pompei z kolumnami połamanymi, świątyniami i podstawami posągów najwspanialszym jest komentarzem forum rzymskiego. Nie można wystawić sobie, nie widząc, gustu i elegancji starożytnych; wszystkie sprzęty, od ołtarza aż do szal i wag miejskich, wiader i kociołków, zdaje się, że były rysowane przez dekoratorów dla teatru, dla wystawienia jakiej opery i baletu. Każdy pyta, gdzie w Pompei mieszkali biedni ludzie, bo każdy domek jest cackiem, jak gdyby dla ubrania ogrodu jakiego zbudowany. Szkoda, że wszystkie ozdoby odarto i przeniesiono do Muzeum. O malowidłach Pompei byłbym w humorze książkę napisać, a przynajmniej jaką deklamacją akademicką. Mało arcydzieł malarstwa nowożytnego może stanąć obok cudownych fresków, a rysunek zdaniem wszystkich nieporównany. Żadna galeria nie sprawiła na mnie tak wielkiego wrażenia.”


Mickiewicz zwrócił uwagę na teatralność miasta. Porównywał je do sceny opuszczonej przez aktorów w dramatycznych okolicznościach. Juliusz Słowacki natomiast przyznaje Joannie Bobrowej: „Herculanum i Pompeja nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Chodziłem po ulicach Pompei z cygarem w zębach jak po spalonej wiosce. Uliczki małe, brukowane przed wiekami, z dwóch stron grobowce i domki bez dachów i sufitów, uróżowane jak stare kobiety szczątkami czerwonych malowideł.” 


Poeta odwiedził to miejsce pięć lat po Mickiewiczu, wiosną 1835 roku. Początkowy lekceważący ton wypowiadania się o Pompejach ustąpił refleksjom filozoficznym: „Dziś, jak przed wiekami, wszystko, co tylko jest pięknego i miłego na tych brzegach, jest przeznaczone na zagładę przez śmierć gwałtowną. Zawsze to jest świeża Pompeja, piękna Pompeja, strojąca się w wieńce i festony w wigilię dnia, który będzie dla niej ostatnim.[…] Na tej ziemi cieniem znikomym jest wszystko, od skromnej stokrotki aż do wulkanu. Ludy i przyrody mijają, odradzają się i odchodzą. Przyroda więcej ma sił, długi czas jest widownią, na której się miotają miliony istot, z roku na rok więdnących, kiedy ona sama więdnie w przeciągu całych miriadów stuleci. […] Piszę te słowa, spoglądając na najwspanialszy z tworów ziemskich. Przeczuwając nieskończone piękno, którego ten widok jest tylko gęstą zasłoną, słabem odbiciem, zabłąkanym dźwiękiem, pozwoliłem sobie na te myśli, które, jakkolwiek w małej pozostają z nim harmonii, są jednak jego fatalnym wynikiem”. (Do Joanny Bobrowej,  Neapol, 30 marca 1835)


Miesiąc później pisał do Konstantego Gaszyńskiego: „Byłem w Pompei: u wnijścia do miasta groby, zaraz potem za bramą pierwszy budynek, to dom rozpusty, śmierć i rozkosz, dwa największe działacze materialnego świata. W tej odgrzebanej mumii piękne są pomniki. Architektura grecka skandowana, jak wiersze Enejdy; matematyka, prawo rzymskie stare, w kamień wcielone. Tu dopiero starożytność się pojmuje i porównywa z nowemi czasy. Starożytni szli od nieskończoności w skończoność; co od pierwszej zarwać mogli, opisywali drugą, oddzielali od matki. My ze skończoności wychodzim, a dążym w nieskończoność”.


Największe wrażenie z Pompejów, zachowane w poezji, znajdziemy u Cypriana Norwida. Odwiedził je dwukrotnie w latach 40. XIX wieku. Efektem tych wypraw jest poemat „Pompeja”, w którym autor stosuje dialog zmarłych ze współczesnymi, zaś zatrzymane w czasie miasto staje się przestrzenią między teraźniejszością i przeszłością. Bohaterami są: Marcus Balbus, konsul Pompejów, którego wspaniały konny posąg odkopano w ruinach Herculanum i nieznany z nazwiska poeta, którego opis przypomina jedną z postaci uwiecznionych na malowidle ściennym w pompejańskim Domu Dramaturga. Los zetknął ich w tym tragicznym dniu. Opowiadają współczesnemu poecie – Norwidowi, który zwiedzając cmentarz pompejański przysiadł na chwilę na grobie kapłanki Mammii, o tym co się wydarzyło 24 sierpnia 79 r. Poznajemy ich mentalność i duchowość, a także tętniące życiem miasto, aż do momentu wybuchu Wezuwiusza.


Pompejański poeta relacjonuje swoje ostatnie chwile:                                                                                                   
I nie wie już, czy goni wibracje odległe,
Słuchowi śmiertelnemu więcej niepodległe,
Czy wraca ciałem w spokój materji, czy marzy?...
Tak byłem — nagle gęsto poczułem na twarzy
Sypany mak, a zdala piorunów deszcz głuchy...
I czucia te, co bolą, gdy przechodzisz w duchy...

Relacja Balbusa, siedzącego na koniu, jest również przejmująca:            

 A lewą cugli sięgam... Powietrze złociste
Owiało mię, rąk chmurę widziałem w lawinie,
I różnych świątyń różne chóry uroczyste,
Tu, tam błyskawicami z cieniu wyrywane.
A koń mój szalał, w bruki bijąc coraz ciszéj,
Jakby na błonia wchodził wciąż zasypywane,
A ja — milczałem, czując, że nikt już nie słyszy...

 ...To Balbus rzekł. Potem,
Znikając, zwolna łączył się z poety cieniem,
Jak włókna dwu obłoków, w jeden spartych grzmotem
I osrebrzonych jednym księżyca promieniem
I znikli...

Obaj bohaterowie poematu w ostatnich chwilach swego życia, zanim znikli zasypani popiołem, poczuli w pewnym momencie na twarzach sypany mak, a do ich uszu dochodził z dala piorunów deszcz głuchy. To spotkanie ze spływem piroklastycznym, który rzeczywiście pochłonął miasto.
                                                          

Na koniec kilka moich spostrzeżeń. Warto odwiedzić Pompeje, gdy jest się w pobliżu. Jeśli jednak ktoś chciałby tam pojechać specjalnie z drugiego końca Europy, to musiałby być pasjonatem ruin i historii starożytnej. Najbardziej zaskoczyły mnie zachowane na murach fallusy (patrz: zdjęcie powyżej) i freski przedstawiające sceny erotyczne. Dzisiejsza rozwiązłość, na którą czasem narzekamy, to nic z pompejańską, o której opowiadał nam przewodnik. 


Mieszkańcy Pompejów cieszyli się życiem. Mieli bogate wille i wielkie rzymskie łaźnie, kasyna, a także domy publiczne. Wszystko skończyło się jednego dnia, kiedy miasto zostało przykryte ponad czterometrową warstwą popiołu. Znaleziono szczątki dwóch tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Możemy ubolewać nad ich losem, ale przecież nasze dni także są policzone. 


Maki, których brak rozczarował mnie na Monte Cassino, zobaczyłam dopiero w Pompejach....

środa, 10 stycznia 2024

Romantycy na Wezuwiuszu

Za oknem zima, miło więc wrócić pamięcią do ciepłych dni. Ostatnia moja podróż zagraniczna odbyła się wiosną zeszłego roku. Wędrowałam wtedy po dawnym Królestwie Neapolu, ale nie zdążyłam opisać jeszcze wszystkich zwiedzonych wtedy miejsc, więc z chęcią wracam. O samym Neapolu przeczytacie tu: https://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/search/label/Neapol

Wezuwiusz widziany z autostrady

Dziś o wulkanie strzegącym miasta, a zarazem zagrażającym okolicznym mieszańcom, czyli o Wezuwiuszu. Zacznijmy od zwiedzania go przez Mickiewicza. Poeta miał tę okazję 1 czerwca 1830 roku. W towarzystwie Antoniego Edwarda Odyńca i trzech innych współtowarzyszy wspinał się na szczyt wulkanu przez półtorej godziny (nam to zajęło godzinę, ale do pewnego momentu podjechaliśmy samochodem). W XIX wieku można było za to zejść do krateru, co dziś jest zabronione. „Byłem w kraterze Wezuwiusza nad samą paszczą i zajrzałem w gardziel, w jego ogniu zapaliłem laskę i cygaro.” – pisał Mickiewicz do Franciszka Malewskiego, filomaty i przyjaciela z czasów wileńskich. Z relacji Odyńca wynika, że poeta, zobaczywszy Wezuwiusz po raz pierwszy jeszcze z daleka, zdjął czapkę, aby oddać cześć temu cudowi natury. Ze szczytu wulkanu podziwiali Zatokę Neapolitańską i sam Neapol. 

Sześć lat później, również w czerwcu, wspiął się na Wezuwiusz Juliusz Słowacki. Przyglądał się mu bacznie już z okien neapolitańskiego pokoju. Wiemy to z listów do matki: „Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim, na ulicy św. Łucji, w Neapolu, patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półokręgu na lewo, w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. (...) Zachwycony jestem Neapolem, nigdy przedtem nie miałem wyobrażenia o Neapolu – nie wiedziałem, jak ten Wezuwiusz stoi na straży z boku zatoki, otoczony u spodu białym wieńcem małych domków – nie wiedziałem, że można mieszkać o 12 kroków od brzegu morskiego i mieć morze dziedzińcem domu swojego, a Wezuwiusz latarnią stojącą u bramy”.

Wezuwiusz od strony morza

„Kiedy patrzę na Wezuwiusz i na białe domki u stóp jego nad morzem, myślę, że można byłoby w jednym z tych domków szczęśliwe pędzić życie – trzeba by tylko z trzykroć majątku. Wtenczas ty, moja droga, miałabyś mieszkanie z ogródkiem pełnym róż, tulipanów i anemonów – ja miałbym także cichą i żaluzjami zielonymi zasłoniętą pracownią, łódkę z białym żagielkiem na morzu, konia – a potem może miłą i dobrą żonę, różowe dzieci – a potem niechby choć popiół przysypał nasze grobowce.” –  pisał do matki.

Widok z Wezuwiusza na Neapol

Na Wezuwiusz wszedł wraz z czwórką przyjaciół. Wybrali się pod wieczór, drogę oświetlając sobie pochodniami. Nocowali w domku pustelnika, znajdującym się tuż przed samym szczytem, tak by obserwować wschód słońca:

„(...) przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej. Trudno się było drapać po osypującym się popiele, ale widok roztrzaskanego szczytu Wezuwiusza wynagrodził nam trud podjęty. Nic piękniejszego, jak ten piekielny obraz żużlowych skał. Niektóre czerwone się wydają jak ogień, inne złotym kolorem siarki umalowane błyszczą od wschodzącego słońca, z niektórych miejsc wydobywają się białe kosmyki dymu. Dalej ogromna przepaść krateru, cicha teraz i połykające rzucane w nią kamienie z ogromnym hukiem. Gdzieniegdzie żużle jeszcze gorące i ciepłe powietrze z ziemi wydobywa się jak z pieca. – Z tej równiny żużlowej widzieliśmy wschód słońca. Nieraz już ta gwiazda zastawała mnie na szczytach gór. Może już mnie zna z twarzy witając mnie tak często pierwszego na ziemi.”

Neapol widziany z Wezuwiusza

Przyznawał się matce do wyobrażeń, których nie powstydziłby się współczesny twórca horrorów:

„Na wulkanie przychodziły mi do głowy różne dziwaczne myśli. Na przykład – myślałem sobie, że nie byłoby cudem wielkim przyrodzenia, gdyby trumny złych ludzi, zakopane w ziemi, przerzynały się przez nią jak strumienie i wpadały podziemnymi drogami do żaru wulkanicznego”.                                  Kiedy pod koniec czerwca na miesiąc przeniósł się do Sorrento, znów widział wulkan z okna wynajętego mieszkania. Matce przesłał oryginalną pamiątkę z Wezuwiusza: „wanienkę z lawy na łzy po Julku”.

Droga na szczyt wulkanu

Do Teofila Januszewskiego pisał:

Patrzałem na Wezuwiusz, aż po lawy ścianie

Drący się księżyc wejdzie, na kraterze stanie

I stamtąd białe czoło obróci do świata. 

Tak zrodzone na grobie dziecko twego brata,

Któremu pierwsza grobu lilia rówieśniczką,

Zamyśloną na ludzi spojrzało twarzyczką

Z cichej ojca mogiły… Gdzie nasz lazurowy

Golf? i ciche przy białym księżycu rozmowy?

Jeszcze trochę do krateru...

Trzeci z wieszczów, Zygmunt Krasiński, zobaczył Wezuwiusz wiosną 1835 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata i kochał się w mężatce, Joannie Bobrowej. Przesyłał jej kwiatki zerwane u stóp wulkanu. Ja szukałam tam czterolistnej koniczyny.

Koniczyna (czterolistna!) na zastygłej lawie

Nowy Rok 1839 witał z ojcem w blasku niezwykłych petard wydobywających się z krateru Wezuwiusza. 19 stycznia tak relacjonował ten wybuch Konstantemu Gaszyńskiemu:
„Byłem na Wezuwiuszu podczas wybuchu i takem sobie oczy popsuł, że nie wiem, kiedy do miary swej przyjdą. Ale praw­da, że piękny był widok: kitą dymu się odział i rozpuścił ją w poprzek nieba w kształt wiejących piór hełmu nad całą za­toką. Księżyc to za nią się chował, a wtedy czarno i czerwono było na ziemi, wtedy piekło, bo płomienie buchały z krateru, to zza niej się wychylał, a wtedy cała przestrzeń słodką bar­wę czystego światła przybrawszy, wydawała się jako pole bi­twy, na którym potęgi anielskie, dziewicze, szatana pokona­ły. Co kilka minut taka odmiana następowała”. 

Krater Wezuwiusza

Na koniec warto dodać, że i czwarty z naszych największych romantyków wspiął się na szczyt Wezuwiusza. Cyprian Norwid, zakochany w Marii Kalergis, nie liczył się ze stanem swego zdrowia i finansów. U jej boku (oraz innych adoratorów) zwiedził okolice Neapolu w 1845 roku. Sam wulkan nie zrobił na nim takiego wrażenia, jak zasypane przez lawę Pompeje. Ale o tym następnym razem.

czwartek, 12 października 2023

Słowacki w Wilnie

Juliusz Słowacki przybył z rodzicami do Wilna jako dwuletni chłopczyk, ale mieszkał w tym mieście zaledwie trzy lata, do pogrzebu ojca. Ponownie przyjechał tu z matką, ojczymem i jego córkami, Aleksandrą i Hersylią, jako dziewięciolatek. 

Widok na Wilno z Góry Trzech Krzyży

Państwo Bécu z dziećmi zamieszkali w przy ulicy Zamkowej 24 (dziś Pilies 22). Mieszkanie to, znajdujące się na pierwszym piętrze w jednopiętrowej kamienicy (Rosjanie liczą parter jako piętro, więc można spotkać informacje o dwóch kondygnacjach jako piętrach), wkrótce stało się miejscem spotkań elity intelektualnej Wilna. Pani Salomea prowadziła salon artystyczno-naukowy, którego bywalcami byli profesorowie Uniwersytetu Wileńskiego, malarze, literaci, w tym debiutujący Adam Mickiewicz. Autor Ballad i romansów został wprowadzony do tegoż towarzystwa przez swojego przyjaciela Edwarda Odyńca w czerwcu 1822 roku, wkrótce po debiucie poetyckim. Wtedy obaj przyszli wieszczowie spotkali się po raz pierwszy.

Zamkowa 24 (dziś Pilies 22)

Juliusz był bardzo dobrym uczniem gimnazjum prowadzonego przez Uniwersytet Wileński. Zachowały się świadectwa, z których wynika, że otrzymywał najwyższe noty, mimo to powtarzał drugą klasę. Długo chorował na odrę i pani Salomea zdecydowała, że nauka nie może odbywać się kosztem zdrowia. Wpływ matki i przybranych sióstr sprawił, że Julek wychowywał się na rozpieszczonego jedynaka. Był przywiązany do członków swojej nowej rodziny, nawet do ojczyma, który rzadko miał dla niego czas, ale jak już go znalazł, był względem pasierba uprzejmy i troskliwy. Toteż bardzo bolały go plotki na temat udziału Augusta Bécu w aresztowaniu filomatów. Doktor pozostawał wszak w dość bliskich stosunkach z głównym prześladowcą młodzieży, senatorem Mikołajem Nowosilcowem. W tym samym roku 1824, kiedy odbył się proces filomatów, ojczym Słowackiego nagle zmarł. Można powiedzieć, że piętnastoletni Julek był świadkiem jego śmierci.

Grób ojczyma poety na Rossie

W sierpniu 1824 roku w Wilnie rozpętała się potężna burza. Pani Salomea poleciła synowi zamknąć okno w gabinecie męża. Julek zastał ojczyma leżącego na sofie z twarzą zakrytą chusteczką do nosa (przeciw insektom), trzęsącego się  w dziwny sposób. Kiedy pani Salomea przybiegła na wezwanie syna, jej mąż już nie żył. Sofa, na której odpoczywał, stała przy otwartym oknie, a przy niej stolik z narzędziami medycznymi, które zapewne zwabiły piorun. Od jego uderzenia ojczym Juliusza zmarł na miejscu. Wydarzenie to wykorzystał osiem lat później Adam Mickiewicz, opisując scenę śmierci Doktora w III części Dziadów, jako karę z niebios za zdradę Polaków. August Bécu został pochowany na cmentarzu na Rossie, tym samym, co ojciec Juliusza Słowackiego dziesięć lat wcześniej. 

Grób ojca poety na Rossie

W kolejnym roku młody poeta wstąpił na Wydział Nauk Moralnych i Politycznych Uniwersytetu Wileńskiego. Początkujący student zakochał się w siedem lat od siebie starszej Ludwice Śniadeckiej, córce profesora chemii i medycyny, Jędrzeja Śniadeckiego. Tańczył z nią na wieczorku z okazji imienin pani Salomei, które świętowano 17 listopada 1825 roku, jego miłość była jednak nieodwzajemniona. Ludwika kochała wówczas Włodzimierza Korsakowa, również bez wzajemności. 

Portret Ludwiki Śniadeckiej, domena publiczna

W maju 1827 roku pani Salomea postanowiła wrócić do Krzemieńca, a Julek pozostał dokończyć studia. Musiał się jednak przeprowadzić. Początkowo mieszkał przy Zaułku Bernardyńskim u profesora Józefa Jaroszewicza, a po wakacjach u swoich kolegów Domańskich. Aleksandra Bécu, przybrana siostra poety, zamieszkała u Jędrzeja Śniadeckiego w  domu Józefa Franka przy ulicy Wielkiej (Didžioji 1/2) i Julek mógł częściej widywać Ludwikę pod pretekstem odwiedzania siostry. Kiedy ukochana opuściła Wilno (1828), Słowacki także to zrobił. Przyrzekł sobie, że nigdy do niego nie wróci, urażony brakiem spodziewanej nagrody od uniwersytetu za bardzo dobre ukończenie studiów. Słowa dotrzymał.

Tabliczka pamiątkowa w Zaułku Literackim

Miasto nie uhonorowało go pomnikiem, jak Adama Mickiewicza. Ma jedynie skromne popiersie na domu, w którym mieszkał i tablicę pamiątkową w krużgankach uniwersytetu. Jest jeszcze mała tabliczka z podobizną poety i jego wierszem w Zaułku Literackim. 

poniedziałek, 4 września 2023

Pomnik Słowackiego w Miłosławiu

214 lat temu urodził się Juliusz Słowacki. Dziś jednak nie o nim, ale o jego pomniku. Otóż nie tak dawno przejeżdżałam przez Miłosław. Właścicielem tej wielkopolskiej miejscowości był w XIX wieku Józef Kościelski, wielki miłośnik poety. W 1899 roku ufundował pierwszy na ziemiach polskich monument Słowackiego. 

Pozwolenie na jego pobudowanie w swoim prywatnym parku musiał otrzymać od władz w Berlinie. Starania trwały kilka miesięcy, aż wreszcie w 90. rocznicę urodzin poety pomnik został odsłonięty. Jego autor, Władysław Marcinkowski, tak pisał o swoim dziele: Trzeba ten pomnik oglądać wieczorem, na tle dębów i świerków, przy oświetleniu księżyca, w uroczym ustroniu miłosławskiego parku, aby się przekonać, że go owiewa dziwny czar poezji i smętku, pod którego wrażeniem człowiek mimo woli wzdycha i szeptem powtarza „Smutno mi Boże”.

Córka fundatora, Katarzyna Kościelska, pozowała artyście do postaci przytulonej do stóp cokołu, symbolu prostej dziewczyny z ludu. We wrześniu 1899 roku na odsłonięcie pomnika zjechało się ponad trzysta osób ze wszystkich trzech zaborów. Wśród nich był Henryk Sienkiewicz, który wygłosił patriotyczną mowę. Pisarz poznał wtedy Marię Radziejewską, czwartą z pięciu kobiet swego życia, które miały na imię Maria. 

Miłosławski pomnik Słowackiego przetrwał do czasów współczesnych. W okresie II wojny światowej zdemontowano jedynie popiersie poety, które przetrwało wojnę, schowane w piwnicy pobliskiego folwarku. Po zakończeniu wojny trafiło na dawne miejsce.

Poeta nigdy nie był w Miłosławiu, ale w czasie Wiosny Ludów już bardzo chory przyjechał do Wielkopolski i zatrzymał się w Poznaniu. Cieszył się jak dziecko na wieść o zwycięstwie polskiego oddziału pod Miłosławiem 30 kwietnia 1848 roku. Tydzień później został zmuszony przez władze pruskie do opuszczenia Wielkopolski. Rok później już nie żył. 

Warto zobaczyć jego miłosławski pomnik. Stoi w pięknym dużym parku, w którym znajdują się liczne stawy, trzy wyspy, cztery kanały, nad którymi przerzucono mostki, a także sieć dróżek spacerowych. Ozdobą parku są aleje, wśród nich grabowo-lipowa, prowadząca do drewnianego krzyża i grabowa wiodąca w kierunku pomnika Słowackiego. W dawnym pałacu Kościelskich (na terenie parku) mieściło się między innymi gimnazjum im. Juliusza Słowackiego, a obecnie jest tu Zespół Szkolno-Przedszkolny. Uczniom i pracownikom tej placówki życzę dobrego roku szkolnego. 

czwartek, 22 czerwca 2023

Słowacki w Neapolu

O Neapolu! (…)
Jak biała Wenus urodzona z piany, 
Wyszedłeś z morza zapłoniony ślicznie,
Skrawymi słońca zachodniego łuny, 
Cichy pod góra, co ciska pioruny.
(...)
Z grobowca wieszcza widzę, jak nad głową
Wulkanu księżyc wysunął się biały,
A u stóp góry Castello del'Ovo,
(...)
Lecz chodźmy w miasto. Już księżyc wysoko,
(„Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu”)


Juliusz Słowacki przybył do Neapolu na początku czerwca 1836 roku w towarzystwie znajomych, Jakuba i Anny Gayów. Po tygodniu dołączyło do nich wujostwo poety, Teofil i Hersylia Januszewscy. Hersylia była córką Augusta Bécu, który ożenił się z matką Juliusza, a więc przybraną siostrą Słowackiego.


Zamieszkali nad Zatoką Neapolitańską w skromnym hotelu „Vittoria” przy ulicy Santa Lucia dell Mare nr 28 (dziś 116). Znajdziemy tam tablicę upamiętniającą pobyt poety. 


Początkowo zachwycił się Neapolem. Po dwóch tygodniach pobytu, 20 czerwca, pisał do matki: „Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim (…), patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półokręgu na lewo w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. Mam balkonik mały nad morzem, na balkoniku stoi krzesło i róży wazon. (…) Wszystko tak kolorowe jak bańka z mydła wypuszczona przez jakiego morskiego trytona – z daleka białe jak piana morska leżąca na brzegu, z której ja chciałbym, żeby wyszła jaka idealna Wenus i przejrzała się w tym wielkim zwierciadle błękitu”. 


Towarzystwo Teofilów przeszkadzało mu w zebraniu myśli. Rano wypijał z nimi kawę i wyruszał na samotne długie spacery wzdłuż zatoki, gdzie patrzył na „rybackich sklepów złoty wianek”. Przechadzał się także po mieście. Wieczorami bywał ze znajomymi „na różnych teatrach”, gdzie krytykował przedstawienia. Jego uznanie zyskał tylko teatr St. Carlo, w którym wystawiano ludowe komedie neapolitańskie. 

Teatr St. Carlo, do którego uczęszczał Słowacki

Miasto i towarzystwo szybko go znudziło, więc wybrał się do pobliskiego Sorrento. Spędził tam miesiąc, po czym wrócił na krótko do Neapolu pożegnać się z wujostwem i znajomymi. Pod koniec sierpnia bowiem wyruszył na Bliski Wschód. Dwa miesiące później wspominał Neapol w wierszu "Do Teofila Januszewskiego":

Gdzie dziś Neapol jasny? Kto zasiadł nasz ganek?
Kto patrzy na rybackich sklepów złoty wianek?
Gdzie koczujące światła w pół okręgu zwite,
Od wiatru żagielkami białymi nakryte,
Jak te, o których prawi gdzieś Szecherazada,
Ptaków z ognistą piersią, z białym skrzydłem stada?
Nad błękitami siedzą. Przy świetle światełko,
Każde ma białe sobie dodane skrzydełko;
Rzekłbyś, że gwiazd znudzonych lazurami plemię
Bóg skrzydłami uzbroił — i przysłał na ziemię.
(„Do Teofila Januszewskiego”, Aleksandria, 22 października 1836)

Do Neapolu jeszcze wrócimy:)

poniedziałek, 3 kwietnia 2023

Słowacki w grobie Agamemnona

Nie nad grobem a w nim, jest to bowiem wielka budowla, do środka której można wejść. Juliusz Słowacki zrobił to w 1836 roku, ja kilka miesięcy temu. Pomyślałam, że warto o tym napisać właśnie dziś, w rocznicę śmierci poety. 


We wrześniu 1836 roku (nie 1839 jak można spotkać w Internecie) dwudziestosiedmioletni poeta podróżował do Ziemi Świętej z Neapolu (taki zresztą tytuł dał później swojemu utworowi, w skład którego wchodzi wiersz Grób Agamemnona). Zatrzymał się w Mykenach, gdzie 18 września zwiedził skarbiec Atreusza, zwany grobem Agamemnona.


Król Myken, Atreusz, był ojcem Agamemnona i Menelaosa (męża pięknej Heleny, o którą toczyła się wojna trojańska). Jemu przypisuje się własność tej budowli, choć archeologowie uważają, że nie miał z nią nic wspólnego, podobnie jak jego syn, który wcale nie został tu pochowany. Słowacki chyba o tym nie wiedział, nawiązując w wierszu do losów zdobywcy Troi. W dalszej części utworu mamy też gorzkie słowa o Polsce i Polakach. Przypomnijmy sobie fragmenty, bo wiele z tych słów jest aktualnych.


Niech fantastycznie lutnia nastrojona,
Wtóruje myśli posępnej i ciemnej —
Bom oto wstąpił w grób Agamemnona.
I siedzę cichy w kopule podziemnej,
Co krwią Atrydów zwalana okrutną.
Serce zasnęło, lecz śni. — Jak mi smutno! 


O! cichy jestem jak wy! o Atrydzi!
Których popioły śpią pod świerszczów strażą —
Ani mię teraz moja małość wstydzi,
Ani się myśli tak jak orły ważą.
Głęboko jestem pokorny i cichy
Tu, w tym grobowcu sławy, zbrodni, pychy! —

O Polsko! póki ty duszę anielską
Będziesz więziła w czerepie rubasznym;
Póty kat będzie rąbał twoje cielsko,
Póty nie będzie twój miecz zemsty strasznym
I grób — i oczy otworzone w grobie. 


Zrzuć do ostatka te płachty ohydne,
Tę — Dejaniry palącą koszulę: 
A wstań jak wielkie posągi bezwstydne,
Naga — w styksowym wykąpana mule!
Nowa — nagością żelazną bezczelna —
Niezawstydzona niczem — nieśmiertelna!


Juliusz Słowacki zmarł 174 lata temu, a jego poezja jest wciąż w pewnym stopniu aktualna. Szkoda tylko, że coraz mniej znana.

piątek, 12 lipca 2019

Florencja okiem Słowackiego

Polskich literatów odwiedzających stolicę Toskanii było mnóstwo. Wymienię tylko Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Zygmunta Krasińskiego Cypriana Norwida, Marię Konppnicką, Stefana Żeromskiego, Władysława Reymonta, Jarosława Iwaszkiewicza.
Nie sposób w jednym poście (ani nawet w kilku) opisać wszystkich polskich śladów, skupimy się więc dziś na jednym. Podążymy tropem Juliusza Słowackiego.

Widok na Florencję z placu Michała Anioła


Poeta zawitał do Florencji 17 lipca 1837 roku, wracając z Ziemi Świętej. Miał zamiar pozostać w tym mieście kilka miesięcy, ale zeszło mu półtora roku. Przebywało tam kilkoro jego znajomych, między innymi Antonina, Herman i Józef Potoccy, Zenon Brzozowski, a także Bernard Zaydler, który znalazł mu mieszkanie przy via dei Bianchi nr 4216 (obecnie 7).
Miał do dyspozycji dwa pokoje za 27 franków miesięcznie. W sierpniu pisał do matki, że mieszkanie jest śliczne i zmieścił się nawet fortepian, który kupił i gra na nim po kilka godzin dziennie. Ulubionym jego miejscem spacerowym był teren wokół katedry. "Nieraz marzę sobie, że tak chodził po tych kamieniach zamyślony Dante" - zwierzał się matce.

Katedra Santa Maria del Fiore

Odwiedzał także pusty grób Dantego w kościele Santa Croce. Więcej o pisarzu i jego grobach tu: Florencja Dantego.  W tym samym sierpniowym liście do Salomei Słowackiej pisał: "Ładna, bardzo ładna Florencja - a jednak smutno mi w niej".

Kościół Santa Croce

Znajomi dotrzymywali mu towarzystwa. Z Potockimi i Zenonem Brzozowskim jeździł po okolicach Florencji. Bernard Zaydler zaproponował mu nawet mieszkanie u siebie przy via della Scala 4307 (obecnie 65). Poeta był bardzo szczęśliwy: "... będę miał ładny salonik z tarasem i statuami, sypialny pokoik ciepły, bo na południe, i małe obserwatorium, to jest wieżyczkę, nazywaną belwederem, w której jest mała stancyjka z oknami na cztery strony świata, z najpiękniejszym widokiem na wszystkie góry Toskanii i na wszystkie gwiazdy nad Toskanią świecące" - relacjonował matce w październiku 1837 roku. Dziś na tym budynku jest tablica pamiątkowa.


Kamienica przy via della Scala 65, w której mieszkał Słowacki

Odwiedzał muzea, zwłaszcza Galerię Uffizi, gdzie zachwycał się rzeźbą Wenus Medycejskiej. Widział także słynnego Dawida Michała Anioła na Piazza della Signoria. Od 1873 oryginał znajduje się w Gallerii dell’Accademia, a na placu można podziwiać wierną kopię. 

Piazza della Signoria

Jest we Florencji jeszcze jedna kopia Dawida. Znajduje się pod drugiej stronie rzeki Arno na placu Michała Anioła. Plac ten, położony na wzgórzu San Miniato, stanowi doskonały punkt widokowy na stolicę Toskanii. Jest tam duży bezpłatny parking. Najlepiej przyjechać wieczorem i podziwiać zachód słońca.

Kopia Dawida Michała Anioła na placu imienia rzeźbiarza

Ciekawe czy Juliusz Słowacki tam dotarł. Być może oglądał panoramę Florencji z którąś z dam. Miał tam bowiem niezwykłe powodzenie. Jedna Włoszka nawet mu się oświadczyła. Inna, zwana przez niego w listach Fornaliną, zawróciła w głowie poecie do tego stopnia, że przez chwilę rozważał osiedlenie się na dłużej w tym mieście.

Widok na Florencję z placu Michała Anioła

Tutaj poznał także Aleksandrę Moszczeńską. Ojciec panny był nawet przychylny poecie i widział w nim swego przyszłego zięcia, ale ten w porę się wycofał. Pisał o domu Moszczeńskich, że jest napełniony "zimną atmosferą złota", a o samej pannie, że lepiej umrzeć niż żyć z taką skałą. O tym jest jeden z dwóch sonetów poświęconych Aleksandrze, które napisał jesienią 1838 roku.

Rzeka Arno we Florencji

Dwudziestodwuletnia panna Moszczeńska utopiła się w rzece Arno. Niestety nie znalazłam nigdzie okoliczności ani przyczyny jej śmierci. Pochowana jest w kościele Santa Croce, o czym pisałam tu: Santa Croce
Z Florencją związana jest także zagadkowa znajomość Słowackiego z Charlottą Bonaparte, bratanicą Napoleona I, wdową po bracie późniejszego cesarza Francuzów Napoleona III. Nasz poeta poznał ją pod koniec 1837 roku i zaczął bywać w jej florenckim buduarze, o czym nie omieszkał zawiadomić swej matki. Latem 1838 roku Charlotta zaszła w ciążę, ale dziecko urodziło się martwe, a ona także wkrótce zmarła. Została pochowana w kościele Santa Croce.

Nagrobek Charlotty Bonaparte w kościele Santa Croce

Wiadomo, że ojcem dziecka był jakiś Polak. Czyżby Słowacki? Niektórzy historycy literatury sądzą, że tak. Z Florencją więc związany byłby jedyny chyba przypadek ojcostwa naszego poety. Jak wiemy, wolał płodzić teksty niż potomstwo, choć stolica Toskanii sprzyjała jednemu i drugiemu. Pracował wówczas nad Anhellim, Trzema poematami (W Szwajcarii, Ojciec zadżumionych, Wacław) oraz Poemą Piasta Dantyszka.
Czy wiedział o dziecku Charlotty, która opuściła Florencję, gdy ciąża zaczęła być widoczna? Czy wyjeżdżając z tego miasta 10 grudnia 1838 roku do Paryża miał świadomość, że będzie ojcem? Tego się już pewnie nie dowiemy...