Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Włochy. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 kwietnia 2024

Werona Romea i Julii

Omawiałam niedawno z licealistami dramat Szekspira "Romeo i Julia". Chciałam im pokazać Weronę, którą odwiedziłam w 2009 roku. Zaglądam na blog, a tu nie ma Werony... Byłam pewna, że o niej pisałam. Cóż, muszę to nadrobić, zabieram więc Was do miasta zakochanych.

Na Weronę mieliśmy pół dnia, więc skupiliśmy się na zobaczeniu słynnego balkonu Julii Capuletti. Podobno Szekspir nie zmyślił tej historii. W jego czasach znane były dzieje dwojga młodych, którzy zakochali się w sobie, choć pochodzili z nienawidzących się rodów. Dramaturg dodał kilka szczegółów, między innymi plan ojca Laurentego i tak powstała najbardziej chyba znana na świecie tragedia miłosna. 

Tak zwany Dom Julii (Casa di Giulietta) to naprawdę kamienica należąca do rodu Cappello. Mieści się przy via Capello 23. Zaaranżowana została na potrzeby turystyki dopiero w XX wieku. Miasto, kupując budynek w 1905 roku, wykorzystało podobnie brzmiące nazwy rodów oraz jego umiejscowienie. Podobno wcześniej był tu dom publiczny. Balkon dobudowano dopiero w 1935 roku. Można na niego wejść za 6 euro, ale kolejka zniechęca.

Na środku dziedzińca znajduje się drzewko miłości. Zakochani piszą życzenia i wieszają na drzewku licząc, że się spełnią. Mnóstwo tutaj również kłódeczek z inicjałami zakochanych. Pomnik Julii ma dużo jaśniejszą prawą pierś, bowiem istnieje legenda, że trzeba ją pogłaskać, żeby mieć szczęście w miłości. To głaszczą. Wytarli nie tylko prawą...

W Weronie istnieje też dom Romea, w którym w XV wieku mieszkał ród Montecchich. Przed średniowieczną kamienicą kolejek jednak nie ma. Budynek należy do prywatnych właścicieli i nie można wejść do środka. Mieliśmy za mało czasu, żeby poznać miasto. Zdążyliśmy jeszcze tylko kupić serduszko z wyszywanymi imionami u pani, która robiła je na miejscu. 

Kilka godzin na Weronę to zdecydowanie za mało. Jednak lepiej to niż nic. Jest jeszcze tyle miejsc do odwiedzenia...

środa, 14 lutego 2024

Sorrento zakochanych

Sorrento. Pod tą nazwą kryje się miejscowość położona nad Zatoką Neapolitańską naprzeciw Wezuwiusza, która słynie z przepięknych widoków. Jej nazwa pochodzi od mitycznych Syren - Surrentum. Sorrento to także przydomek Delfiny Potockiej, który nadał zakochany w niej poeta Zygmunt Krasiński, na pamiątkę miejsca, gdzie narodziła się ich miłość. Pomyślałam, że to dobry temat na dzisiejsze walentynki 😃

Sorrento odwiedzali też inni nasi pisarze, między innymi Juliusz Słowacki, który uciekł tu przed zbyt hałaśliwym, jak dla niego, Neapolem. Nie jest to jednak historia, którą warto wspominać w dniu patrona zakochanych. Zajmijmy się więc Zygmuntem i Delfiną.


Spotkali się w Wigilię 1838 roku. Ona miała wtedy 31 lat, on prawie 27. Przyjechał z ojcem do Neapolu i obaj zostali zaproszeni na świąteczną kolację do domu matki Delfiny, wdowie po majorze Stanisławie Komarze. Generał Wincenty Krasiński znał tę rodzinę od dawna, a i Zygmunt w dzieciństwie widywał państwa Komarów i ich potomstwo. Jako dorośli spotkali się jednak po raz pierwszy. Poeta od razu zwrócił szczególną uwagę na najstarszą Delfinę. 

Widok z tarasu Villi Comunale na Zatokę Neapolitańską i Wezuwiusz

Była już trzynasty rok żoną Mieczysława Potockiego, który ją bił i zdradzał, więc od niego uciekła do matki. Nie mieli dzieci, choć urodziła pięcioro, wszystkie jednak zmarły we wczesnym dzieciństwie. Zygmunt dostrzegł w niej "duszę żywą i silną", żądną "spokoju jakiegoś promiennego po tylu nieszczęściach". Wiemy to z listu poety do Adama Sołtana. Dostrzegł też kaprysy rozpuszczonej arystokratki, które nie pozwalały mu jej z początku nawet polubić!

Na dół można zjechać windą. Koszt w obie strony to niecałe dwa euro.

Kłócili się o byle co i przekomarzali, ale po kilku tygodniach zbliżyli się do siebie, co nie było na rękę ojcu Zygmunta. Zaplanował on bowiem dla siebie inną synową. Miała nią być hrabianka Branicka. Toteż w połowie lutego 1839 roku zabrał syna do Rzymu. Odtąd zaczęła się wielka korespondencja miłosna między Delfiną a Zygmuntem, trwająca do końca jego życia, czyli przez dwadzieścia lat, obfitując w pięć tysięcy listów, z czego jedynie jedna siódma przetrwała do naszych czasów. 


Ale skupmy się na Sorrento. Delfina i Zygmunt uciekali tego uroczego miejsca, ilekroć byli w Neapolu. A spotkali się już po dwóch miesiącach, najpierw w Rzymie, skąd udali się do Neapolu, a stamtąd robili wypady do Sorrento. Zachwycony miastem i jego nazwą, zaczął Krasiński tak nazywać Delfinę w listach do przyjaciół. Po kilkutygodniowych wojażach (byli nawet w Splügen, gdzie Mickiewicz tęsknił za Marylą, patrz: Splugen) musieli się znowu rozstać. 

W Sorrento urodził się Torquato Tasso,  włoski poeta,
uważany za jednego z najwybitniejszych twórców włoskiego renesansu

Listy Krasińskiego do Delfiny stały się jednym wielkim poematem o miłości. Poeta przelewał na papier całą tęsknotę za ukochaną, ale także dzielił się z nią niemal każdą chwilą, spędzona bez niej. Kiedy ich romans nabrał rozgłosu, Sorrento było ich schronieniem przez wścibskimi oczyma. Nie było tam bowiem tylu znajomych, co w Neapolu czy Rzymie. "Nigdy jeszcze w życiu w tak fantastyckim a zarazem serce rozrywającym położeniu się nie znalazłem" - pisał poeta do Konstantego Gaszyńskiego (pisownia oryginalna). Ojciec nalegał na ślub z Elizą Branicką, a Zygmunt był coraz mocniej zakochany w Delfinie, która w tym czasie rozwodziła się z Potockim.
 

Do Jerzego Lubomirskiego pisał: "Biedny Sorrento, wczoraj cały wieczór opowiadałem mu, nad jaką przepaścią stoję... Sorrento był dla mnie anielskim..." Innym razem prosił przyjaciela: "Ach, napisz mi o Sorrencie i o sobie napisz..." Ożenił się z Elizą Branicką, ale nie rozstał z Delfiną. Miał świadomość, że "Sorrento może w pewnych chwilach uczuć w sobie prawo do pogardy" nad nim. Jednak Delfina zgodziła się kontynuować ten romans. O tym szczególnym trójkącie pisałam w 2018 roku: https://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/nicea

Ogród cytrynowy w Sorrento

Nie ma w Sorrento żadnych śladów po zakochanych. Warto jednak odwiedzić to miejsce. Uroczo położone na pięćdziesięciometrowym klifie jest "krajem, gdzie cytryna dojrzewa", jak pisał Mickiewicz. Słynie z produkowanego tutaj likieru limoncello, babeczek o tejże nazwie oraz lodów cytrynowych. Unikatowa jest także ceramika z wzorami cytryn.

Mieliśmy mało czasu na zwiedzanie miasta, ale trafiliśmy na cytrusowy ogród (Giardini de Cataldo), gdzie można było bezpłatnie przechadzać się między drzewami cytryn i pomarańczy. Podaje się tam babeczki limoncello. Są z alkoholem, pyszne. 

Ponieważ w Sorrento nie ma ani jednej darmowej plaży dla turystów (na jedynej bezpłatnej mogą przebywać tylko mieszkańcy), można sobie pospacerować w dostępnych nad zatoką miejscach pełnych barów i straganów oraz przy porcie. 

Wróćmy na koniec do Zygmunta Krasińskiego. Luty był szczególnym miesiącem w jego życiu. W nim przyszedł na świat, pokochał kobietę swego życia, w lutym też zmarł. 14 lutego 1839 roku, w przeddzień pierwszego rozstania się z Delfiną, Zygmunt napisał: 

Ledwom cię poznał, już cię żegnać muszę,

A żegnam ciebie, jak gdybym przez wieki

Żył z tobą razem i kochał twą duszę, 

A teraz jechał w jakiś kraj daleki

I nie miał nigdy już obaczyć ciebie, 

Chyba gdzieś – kiedyś – po śmierci – tam, w niebie!

Miejmy nadzieję, że tam się spotkali. 

środa, 24 stycznia 2024

Pompeje oczami romantyków

Wybuch Wezuwiusza, o którym pisałam w poprzednim poście, zniszczył okoliczne miejsca, z których najsłynniejsze są Pompeje. Z roku na rok archeolodzy odkrywają kolejne metry zasypanego wulkanicznym popiołem miasta i dowiadujemy się o nim więcej. Polscy romantycy nie mieli tylu informacji, ale chętnie zwiedzali to miejsce. Przyjrzyjmy się ich wrażeniom. 


Adam Mickiewicz odwiedził Pompeje dwukrotnie w czerwcu 1830 roku. Swoje odczucia opisał w liście do Franciszka Malewskiego: „Forum Pompei z kolumnami połamanymi, świątyniami i podstawami posągów najwspanialszym jest komentarzem forum rzymskiego. Nie można wystawić sobie, nie widząc, gustu i elegancji starożytnych; wszystkie sprzęty, od ołtarza aż do szal i wag miejskich, wiader i kociołków, zdaje się, że były rysowane przez dekoratorów dla teatru, dla wystawienia jakiej opery i baletu. Każdy pyta, gdzie w Pompei mieszkali biedni ludzie, bo każdy domek jest cackiem, jak gdyby dla ubrania ogrodu jakiego zbudowany. Szkoda, że wszystkie ozdoby odarto i przeniesiono do Muzeum. O malowidłach Pompei byłbym w humorze książkę napisać, a przynajmniej jaką deklamacją akademicką. Mało arcydzieł malarstwa nowożytnego może stanąć obok cudownych fresków, a rysunek zdaniem wszystkich nieporównany. Żadna galeria nie sprawiła na mnie tak wielkiego wrażenia.”


Mickiewicz zwrócił uwagę na teatralność miasta. Porównywał je do sceny opuszczonej przez aktorów w dramatycznych okolicznościach. Juliusz Słowacki natomiast przyznaje Joannie Bobrowej: „Herculanum i Pompeja nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Chodziłem po ulicach Pompei z cygarem w zębach jak po spalonej wiosce. Uliczki małe, brukowane przed wiekami, z dwóch stron grobowce i domki bez dachów i sufitów, uróżowane jak stare kobiety szczątkami czerwonych malowideł.” 


Poeta odwiedził to miejsce pięć lat po Mickiewiczu, wiosną 1835 roku. Początkowy lekceważący ton wypowiadania się o Pompejach ustąpił refleksjom filozoficznym: „Dziś, jak przed wiekami, wszystko, co tylko jest pięknego i miłego na tych brzegach, jest przeznaczone na zagładę przez śmierć gwałtowną. Zawsze to jest świeża Pompeja, piękna Pompeja, strojąca się w wieńce i festony w wigilię dnia, który będzie dla niej ostatnim.[…] Na tej ziemi cieniem znikomym jest wszystko, od skromnej stokrotki aż do wulkanu. Ludy i przyrody mijają, odradzają się i odchodzą. Przyroda więcej ma sił, długi czas jest widownią, na której się miotają miliony istot, z roku na rok więdnących, kiedy ona sama więdnie w przeciągu całych miriadów stuleci. […] Piszę te słowa, spoglądając na najwspanialszy z tworów ziemskich. Przeczuwając nieskończone piękno, którego ten widok jest tylko gęstą zasłoną, słabem odbiciem, zabłąkanym dźwiękiem, pozwoliłem sobie na te myśli, które, jakkolwiek w małej pozostają z nim harmonii, są jednak jego fatalnym wynikiem”. (Do Joanny Bobrowej,  Neapol, 30 marca 1835)


Miesiąc później pisał do Konstantego Gaszyńskiego: „Byłem w Pompei: u wnijścia do miasta groby, zaraz potem za bramą pierwszy budynek, to dom rozpusty, śmierć i rozkosz, dwa największe działacze materialnego świata. W tej odgrzebanej mumii piękne są pomniki. Architektura grecka skandowana, jak wiersze Enejdy; matematyka, prawo rzymskie stare, w kamień wcielone. Tu dopiero starożytność się pojmuje i porównywa z nowemi czasy. Starożytni szli od nieskończoności w skończoność; co od pierwszej zarwać mogli, opisywali drugą, oddzielali od matki. My ze skończoności wychodzim, a dążym w nieskończoność”.


Największe wrażenie z Pompejów, zachowane w poezji, znajdziemy u Cypriana Norwida. Odwiedził je dwukrotnie w latach 40. XIX wieku. Efektem tych wypraw jest poemat „Pompeja”, w którym autor stosuje dialog zmarłych ze współczesnymi, zaś zatrzymane w czasie miasto staje się przestrzenią między teraźniejszością i przeszłością. Bohaterami są: Marcus Balbus, konsul Pompejów, którego wspaniały konny posąg odkopano w ruinach Herculanum i nieznany z nazwiska poeta, którego opis przypomina jedną z postaci uwiecznionych na malowidle ściennym w pompejańskim Domu Dramaturga. Los zetknął ich w tym tragicznym dniu. Opowiadają współczesnemu poecie – Norwidowi, który zwiedzając cmentarz pompejański przysiadł na chwilę na grobie kapłanki Mammii, o tym co się wydarzyło 24 sierpnia 79 r. Poznajemy ich mentalność i duchowość, a także tętniące życiem miasto, aż do momentu wybuchu Wezuwiusza.


Pompejański poeta relacjonuje swoje ostatnie chwile:                                                                                                   
I nie wie już, czy goni wibracje odległe,
Słuchowi śmiertelnemu więcej niepodległe,
Czy wraca ciałem w spokój materji, czy marzy?...
Tak byłem — nagle gęsto poczułem na twarzy
Sypany mak, a zdala piorunów deszcz głuchy...
I czucia te, co bolą, gdy przechodzisz w duchy...

Relacja Balbusa, siedzącego na koniu, jest również przejmująca:            

 A lewą cugli sięgam... Powietrze złociste
Owiało mię, rąk chmurę widziałem w lawinie,
I różnych świątyń różne chóry uroczyste,
Tu, tam błyskawicami z cieniu wyrywane.
A koń mój szalał, w bruki bijąc coraz ciszéj,
Jakby na błonia wchodził wciąż zasypywane,
A ja — milczałem, czując, że nikt już nie słyszy...

 ...To Balbus rzekł. Potem,
Znikając, zwolna łączył się z poety cieniem,
Jak włókna dwu obłoków, w jeden spartych grzmotem
I osrebrzonych jednym księżyca promieniem
I znikli...

Obaj bohaterowie poematu w ostatnich chwilach swego życia, zanim znikli zasypani popiołem, poczuli w pewnym momencie na twarzach sypany mak, a do ich uszu dochodził z dala piorunów deszcz głuchy. To spotkanie ze spływem piroklastycznym, który rzeczywiście pochłonął miasto.
                                                          

Na koniec kilka moich spostrzeżeń. Warto odwiedzić Pompeje, gdy jest się w pobliżu. Jeśli jednak ktoś chciałby tam pojechać specjalnie z drugiego końca Europy, to musiałby być pasjonatem ruin i historii starożytnej. Najbardziej zaskoczyły mnie zachowane na murach fallusy (patrz: zdjęcie powyżej) i freski przedstawiające sceny erotyczne. Dzisiejsza rozwiązłość, na którą czasem narzekamy, to nic z pompejańską, o której opowiadał nam przewodnik. 


Mieszkańcy Pompejów cieszyli się życiem. Mieli bogate wille i wielkie rzymskie łaźnie, kasyna, a także domy publiczne. Wszystko skończyło się jednego dnia, kiedy miasto zostało przykryte ponad czterometrową warstwą popiołu. Znaleziono szczątki dwóch tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Możemy ubolewać nad ich losem, ale przecież nasze dni także są policzone. 


Maki, których brak rozczarował mnie na Monte Cassino, zobaczyłam dopiero w Pompejach....

środa, 10 stycznia 2024

Romantycy na Wezuwiuszu

Za oknem zima, miło więc wrócić pamięcią do ciepłych dni. Ostatnia moja podróż zagraniczna odbyła się wiosną zeszłego roku. Wędrowałam wtedy po dawnym Królestwie Neapolu, ale nie zdążyłam opisać jeszcze wszystkich zwiedzonych wtedy miejsc, więc z chęcią wracam. O samym Neapolu przeczytacie tu: https://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/search/label/Neapol

Wezuwiusz widziany z autostrady

Dziś o wulkanie strzegącym miasta, a zarazem zagrażającym okolicznym mieszańcom, czyli o Wezuwiuszu. Zacznijmy od zwiedzania go przez Mickiewicza. Poeta miał tę okazję 1 czerwca 1830 roku. W towarzystwie Antoniego Edwarda Odyńca i trzech innych współtowarzyszy wspinał się na szczyt wulkanu przez półtorej godziny (nam to zajęło godzinę, ale do pewnego momentu podjechaliśmy samochodem). W XIX wieku można było za to zejść do krateru, co dziś jest zabronione. „Byłem w kraterze Wezuwiusza nad samą paszczą i zajrzałem w gardziel, w jego ogniu zapaliłem laskę i cygaro.” – pisał Mickiewicz do Franciszka Malewskiego, filomaty i przyjaciela z czasów wileńskich. Z relacji Odyńca wynika, że poeta, zobaczywszy Wezuwiusz po raz pierwszy jeszcze z daleka, zdjął czapkę, aby oddać cześć temu cudowi natury. Ze szczytu wulkanu podziwiali Zatokę Neapolitańską i sam Neapol. 

Sześć lat później, również w czerwcu, wspiął się na Wezuwiusz Juliusz Słowacki. Przyglądał się mu bacznie już z okien neapolitańskiego pokoju. Wiemy to z listów do matki: „Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim, na ulicy św. Łucji, w Neapolu, patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półokręgu na lewo, w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. (...) Zachwycony jestem Neapolem, nigdy przedtem nie miałem wyobrażenia o Neapolu – nie wiedziałem, jak ten Wezuwiusz stoi na straży z boku zatoki, otoczony u spodu białym wieńcem małych domków – nie wiedziałem, że można mieszkać o 12 kroków od brzegu morskiego i mieć morze dziedzińcem domu swojego, a Wezuwiusz latarnią stojącą u bramy”.

Wezuwiusz od strony morza

„Kiedy patrzę na Wezuwiusz i na białe domki u stóp jego nad morzem, myślę, że można byłoby w jednym z tych domków szczęśliwe pędzić życie – trzeba by tylko z trzykroć majątku. Wtenczas ty, moja droga, miałabyś mieszkanie z ogródkiem pełnym róż, tulipanów i anemonów – ja miałbym także cichą i żaluzjami zielonymi zasłoniętą pracownią, łódkę z białym żagielkiem na morzu, konia – a potem może miłą i dobrą żonę, różowe dzieci – a potem niechby choć popiół przysypał nasze grobowce.” –  pisał do matki.

Widok z Wezuwiusza na Neapol

Na Wezuwiusz wszedł wraz z czwórką przyjaciół. Wybrali się pod wieczór, drogę oświetlając sobie pochodniami. Nocowali w domku pustelnika, znajdującym się tuż przed samym szczytem, tak by obserwować wschód słońca:

„(...) przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej. Trudno się było drapać po osypującym się popiele, ale widok roztrzaskanego szczytu Wezuwiusza wynagrodził nam trud podjęty. Nic piękniejszego, jak ten piekielny obraz żużlowych skał. Niektóre czerwone się wydają jak ogień, inne złotym kolorem siarki umalowane błyszczą od wschodzącego słońca, z niektórych miejsc wydobywają się białe kosmyki dymu. Dalej ogromna przepaść krateru, cicha teraz i połykające rzucane w nią kamienie z ogromnym hukiem. Gdzieniegdzie żużle jeszcze gorące i ciepłe powietrze z ziemi wydobywa się jak z pieca. – Z tej równiny żużlowej widzieliśmy wschód słońca. Nieraz już ta gwiazda zastawała mnie na szczytach gór. Może już mnie zna z twarzy witając mnie tak często pierwszego na ziemi.”

Neapol widziany z Wezuwiusza

Przyznawał się matce do wyobrażeń, których nie powstydziłby się współczesny twórca horrorów:

„Na wulkanie przychodziły mi do głowy różne dziwaczne myśli. Na przykład – myślałem sobie, że nie byłoby cudem wielkim przyrodzenia, gdyby trumny złych ludzi, zakopane w ziemi, przerzynały się przez nią jak strumienie i wpadały podziemnymi drogami do żaru wulkanicznego”.                                  Kiedy pod koniec czerwca na miesiąc przeniósł się do Sorrento, znów widział wulkan z okna wynajętego mieszkania. Matce przesłał oryginalną pamiątkę z Wezuwiusza: „wanienkę z lawy na łzy po Julku”.

Droga na szczyt wulkanu

Do Teofila Januszewskiego pisał:

Patrzałem na Wezuwiusz, aż po lawy ścianie

Drący się księżyc wejdzie, na kraterze stanie

I stamtąd białe czoło obróci do świata. 

Tak zrodzone na grobie dziecko twego brata,

Któremu pierwsza grobu lilia rówieśniczką,

Zamyśloną na ludzi spojrzało twarzyczką

Z cichej ojca mogiły… Gdzie nasz lazurowy

Golf? i ciche przy białym księżycu rozmowy?

Jeszcze trochę do krateru...

Trzeci z wieszczów, Zygmunt Krasiński, zobaczył Wezuwiusz wiosną 1835 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata i kochał się w mężatce, Joannie Bobrowej. Przesyłał jej kwiatki zerwane u stóp wulkanu. Ja szukałam tam czterolistnej koniczyny.

Koniczyna (czterolistna!) na zastygłej lawie

Nowy Rok 1839 witał z ojcem w blasku niezwykłych petard wydobywających się z krateru Wezuwiusza. 19 stycznia tak relacjonował ten wybuch Konstantemu Gaszyńskiemu:
„Byłem na Wezuwiuszu podczas wybuchu i takem sobie oczy popsuł, że nie wiem, kiedy do miary swej przyjdą. Ale praw­da, że piękny był widok: kitą dymu się odział i rozpuścił ją w poprzek nieba w kształt wiejących piór hełmu nad całą za­toką. Księżyc to za nią się chował, a wtedy czarno i czerwono było na ziemi, wtedy piekło, bo płomienie buchały z krateru, to zza niej się wychylał, a wtedy cała przestrzeń słodką bar­wę czystego światła przybrawszy, wydawała się jako pole bi­twy, na którym potęgi anielskie, dziewicze, szatana pokona­ły. Co kilka minut taka odmiana następowała”. 

Krater Wezuwiusza

Na koniec warto dodać, że i czwarty z naszych największych romantyków wspiął się na szczyt Wezuwiusza. Cyprian Norwid, zakochany w Marii Kalergis, nie liczył się ze stanem swego zdrowia i finansów. U jej boku (oraz innych adoratorów) zwiedził okolice Neapolu w 1845 roku. Sam wulkan nie zrobił na nim takiego wrażenia, jak zasypane przez lawę Pompeje. Ale o tym następnym razem.

piątek, 4 sierpnia 2023

Neapol po raz ostatni: oczami J. Ig. Kraszewskiego

Domyślam się, że już macie dość moich postów z Neapolem, ale nie mogłam pominąć relacji najpłodniejszego polskiego pisarza XIX wieku, czyli Józefa Ignacego Kraszewskiego. Jest on autorem Kartek z podróży 1858-1864, gdzie dokładnie opisuje swój pobyt w tym mieście. Oto kilka najciekawszych, według mnie, fragmentów.

Port w Neapolu

Szczęśliwi są prawdziwie ci, co jadąc się uczyć nowych krajów i ludzi, nie potrzebują się ani z czasem, ani z kosztem rachować, którym nie truje dni swobodnych, przypomnienie zaległej pracy i straconego grosza...


Deszcz, ten tak częsty gość w Neapolu, odświeżył wczoraj parne powietrze i po mokrej jeszcze ziemi, choć już słońce chwilami się zza chmur pokazywało, a chwilami kropił deszczyk, ruszyliśmy z nowym przewodnikiem, który do nas przystał w Pozzuoli... Ranek jakby naumyślnie na wycieczkę był stworzony, niezbyt skwarny, na pół chmurny, pół słoneczny, oświecał okolicę fantastycznie podzielonemi światłami i cieniem.

Na dole przed Albergo Gran Bretagna, gdzieśmy się zatrzymali, stało już mnóstwo okulbaczonych osiołków do wycieczek w góry, stworzeń nieszczęśliwych, których tu wszyscy używają, zapewne z powodu, że są bezpieczniejsze od koni.

Nie pamiętamy w podróży nigdzie lepszego stołu i przy niewielkim koszcie, wytworniejszego jadła; lepszych ryb, owoców a nawet wina. Być bardzo może, iż usposobienie, trud, długie zresztą wygłodzenie przykładały się także do osmaczenia nam obiadów. Przyczyniało się i to do dobrej dla nas usługi, żeśmy byli prawie sami, bo w tych miesiącach wędrowców jest najmniej w Neapolu.

Zeszliśmy na S.Lucia, poszukując łódki i wioślarza, o co nie tylko nie było trudno, ale gdy myśl naszę odgadnięto zaledwie, opędzić się nastręczającym kłopot był niemały. 

Lazzaroni, ukazujący się około portu i nad morzem, powyświeżani byli od niedzieli. Nie śmiem zaręczać, czy się myli, bo dla Włocha woda jest wstrętliwą, a czynność mycia niezrozumiałą, ale mieli pyszne czapki czerwone, jak z igły i koszule białe.

Tej przejażdżce, jakkolwiek długiej, ktokolwiek zna Neapolitańską zatokę, dziwić się nie będzie, widok na nią, czy we dnie, czy o zachodzie, czy przy księżycu zachwycający. 

Mam nadzieję, że zainteresowałam Was Kartkami z podróży J. J. Kraszewskiego. Całość znajdziecie tu: https://www.wbc.poznan.pl

środa, 26 lipca 2023

Miłość, miłość w Neapolu

Wracamy jeszcze na chwilę do Neapolu, bo nie można pominąć Zygmunta Krasińskiego, który spośród chyba wszystkich polskich pisarzy odwiedzał to miasto najczęściej – aż dziewięć razy. A dziś jest doskonała okazja, bowiem przypada 180. rocznica jego ślubu z Elizą Branicką. Nie o niej jednak będzie mowa, tylko o miłości jego życia – Delfinie Potockiej, z którą związane było aż osiem pobytów (oprócz pierwszego) w Neapolu. 

Widok na Neapol z Wezuwiusza

Po raz pierwszy poeta przybył do tego miasta w połowie marca 1835 roku i pozostał w nim dwa miesiące. Było zimno, padał śnieg, więc Krasiński był rozczarowany przedwiośniem południa Włoch. Szybko to się jednak zmieniło, bowiem 1 kwietnia wybuchł Wezuwiusz i przez trzy godziny można było podziwiać niecodzienny spektakl oddziałujący na wyobraźnię poety. Trzy tygodnie później wchodzono już na wulkan, z czego Krasiński skorzystał, ale o tym kiedy indziej. Kochał się wtedy w Joannie Bobrowej i do niej przede wszystkim słał listy z Neapolu, ale miało się to wkrótce zmienić. Kolejny pobyt w tym mieście (i wszystkie następne) wiążą się już z inną kobietą.

Erupcja Wezuwiusza z 1822 roku
(źródło: Wikipedia)

W połowie grudnia 1838 roku Zygmunt otrzymał od ojca propozycję (jak zwykle nie do odrzucenia) spędzenia zimy w Neapolu. Zatrzymali się w nieistniejącej już Villi di Roma nad Zatoką Neapolitańską. Na Wigilię zostali zaproszeni przez znajomą ojca, Honoratę Komarową, której córki poznał Zygmunt w dzieciństwie. Najstarsza z nich, Delfina, miała teraz niespełna trzydzieści dwa lata i była żoną bezwzględnego tyrana Mieczysława Potockiego, z którym żyła w separacji (później się rozwiedli).
 Zwróciła uwagę prawie dwudziestosiedmioletniego poety, choć nie była to miłość od pierwszego wrażenia. Przeciwnie, kłócili się nawet, a Zygmunt uważał ją za dość rozkapryszoną damę. Dopiero jak zainteresował się bliżej jej osobą, trudnym życiem z Potockim i dramatem umierania jej dzieci w niemowlęctwie, stała mu się najbliższa na świecie. Była wysoką, zgrabną blondynką o niebieskich oczach. Miała piękny głos (czym oczarowała nawet Chopina) i była inteligentna. Przypominała Krasińskiemu Joannę Bobrową, z którą pół roku wcześniej musiał zerwać romans pod naciskiem ojca. 

Moritz Michael Daffinger, Delfina Potocka 1830

Kiedy więc w połowie lutego 1839 roku opuszczał Neapol, udając się do Rzymu, napisał do Delfiny:
Ledwom cię poznał, już cię żegnać muszę, 
A żegnam ciebie, jak gdybym przez wieki 
Żył z tobą razem i kochał twą duszę,
A teraz jechał w jakiś kraj daleki 
I nie miał nigdy już obaczyć ciebie,
chyba gdzieś – kiedyś – po śmierci – tam, w niebie!

Nie tylko jednak w poezji znajdziemy dowody miłości Zygmunta do Delfiny. To lutowe rozstanie zapoczątkuje dwudziestoletnią ich korespondencję (niemal do śmierci Zygmunta) liczącą przeszło pięć tysięcy listów! Niestety do naszych czasów zachowało się niewiele ponad siedemset. Większość uległa spaleniu po niemieckim bombardowaniu Warszawy w 1944 roku. 

Ulica Chiaia, przy której stał dom Komarów

Spotykali się w różnych częściach Europy, ale do Neapolu wracali najchętniej. Matka Delfiny miała tam dom przy ulicy Chiaia, więc mogli się spotykać poza oczami wścibskich. Poeta bywał nawet w teatrze, ale nie z ukochaną. Już w kwietniu tego samego 1839 roku widzieli się znowu w Neapolu. Po raz pierwszy od długiego czasu był szczęśliwy. Układał wtedy wiersze inspirowane poezją Mickiewicza, np. Zawsze i wszędzie. 

Teatr Mercadante za czasów Krasińskiego znany jako Teatro del Fondo


Ponownie odwiedzali Neapol w styczniu, lutym i czerwcu 1840 roku. Poeta uwielbiał siedzieć na dywanie u stóp zajmującej kanapę ukochanej, która czytała mu listy od słynnych jej znajomych. Sielankę przerywały choroby Zygmunta (cierpiał na oczy i migreny) oraz konieczność ukrywania miłości do kobiety zamężnej. Doszła do tego jeszcze rozwijająca się choroba jelit, która całkowicie odebrała poecie poczucie sensu życia. We wrześniu 1840 roku spędzał z ukochaną miesiąc w Neapolu i napisał wiersz Do Delfiny. Po śmierci, w którym czytamy: 
Jam bardzo kochał – zanadto – za wiele!
Jam bardzo kochał – aż, znękan rozdziałem,
Duszem wypłakał. – Jam nie mógł w rozdziale
Żyć z tobą tutaj – więc tutaj skonałem.

Chciał umrzeć w Neapolu w objęciach Delfiny, ale nie było mu to dane. 

Via Toledo – jedna z głównych ulic Neapolu
Kolejny raz widzieli się w tym mieście w styczniu 1841 roku, ale mimo karnawału, nie bywali razem w towarzystwie. Generał Krasiński planował już małżeństwo syna z Elizą Branicką i wiedząc o jego romansie, odcinał go od finansów ilekroć doszły do niego wieści o spotkaniu kochanków. Ich rozstanie, spowodowane zaplanowanymi zaręczynami Zygmunta odbyło się w Neapolu 4 lipca 1841 roku. Na pożegnanie Delfina dała ukochanemu pierścionek. Nie mogąc się z nią rozstać, wracał do pokoju kilka razy, ledwie zdążył na statek. Przepływał z portu koło Villa di Roma, w której zatrzymała się Delfina. Wyszła na taras i machała mu, ale on ze względu na słaby wzrok, ledwo ją widział. Upewniał się u służącego, czy stoi jeszcze i machał również. 

Statek odpływający z portu w Neapolu

Spotykali się później, nawet wtedy, gdy Zygmunt był już żonaty, ale nie w Neapolu. 

czwartek, 22 czerwca 2023

Słowacki w Neapolu

O Neapolu! (…)
Jak biała Wenus urodzona z piany, 
Wyszedłeś z morza zapłoniony ślicznie,
Skrawymi słońca zachodniego łuny, 
Cichy pod góra, co ciska pioruny.
(...)
Z grobowca wieszcza widzę, jak nad głową
Wulkanu księżyc wysunął się biały,
A u stóp góry Castello del'Ovo,
(...)
Lecz chodźmy w miasto. Już księżyc wysoko,
(„Podróż do Ziemi Świętej z Neapolu”)


Juliusz Słowacki przybył do Neapolu na początku czerwca 1836 roku w towarzystwie znajomych, Jakuba i Anny Gayów. Po tygodniu dołączyło do nich wujostwo poety, Teofil i Hersylia Januszewscy. Hersylia była córką Augusta Bécu, który ożenił się z matką Juliusza, a więc przybraną siostrą Słowackiego.


Zamieszkali nad Zatoką Neapolitańską w skromnym hotelu „Vittoria” przy ulicy Santa Lucia dell Mare nr 28 (dziś 116). Znajdziemy tam tablicę upamiętniającą pobyt poety. 


Początkowo zachwycił się Neapolem. Po dwóch tygodniach pobytu, 20 czerwca, pisał do matki: „Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim (…), patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półokręgu na lewo w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. Mam balkonik mały nad morzem, na balkoniku stoi krzesło i róży wazon. (…) Wszystko tak kolorowe jak bańka z mydła wypuszczona przez jakiego morskiego trytona – z daleka białe jak piana morska leżąca na brzegu, z której ja chciałbym, żeby wyszła jaka idealna Wenus i przejrzała się w tym wielkim zwierciadle błękitu”. 


Towarzystwo Teofilów przeszkadzało mu w zebraniu myśli. Rano wypijał z nimi kawę i wyruszał na samotne długie spacery wzdłuż zatoki, gdzie patrzył na „rybackich sklepów złoty wianek”. Przechadzał się także po mieście. Wieczorami bywał ze znajomymi „na różnych teatrach”, gdzie krytykował przedstawienia. Jego uznanie zyskał tylko teatr St. Carlo, w którym wystawiano ludowe komedie neapolitańskie. 

Teatr St. Carlo, do którego uczęszczał Słowacki

Miasto i towarzystwo szybko go znudziło, więc wybrał się do pobliskiego Sorrento. Spędził tam miesiąc, po czym wrócił na krótko do Neapolu pożegnać się z wujostwem i znajomymi. Pod koniec sierpnia bowiem wyruszył na Bliski Wschód. Dwa miesiące później wspominał Neapol w wierszu "Do Teofila Januszewskiego":

Gdzie dziś Neapol jasny? Kto zasiadł nasz ganek?
Kto patrzy na rybackich sklepów złoty wianek?
Gdzie koczujące światła w pół okręgu zwite,
Od wiatru żagielkami białymi nakryte,
Jak te, o których prawi gdzieś Szecherazada,
Ptaków z ognistą piersią, z białym skrzydłem stada?
Nad błękitami siedzą. Przy świetle światełko,
Każde ma białe sobie dodane skrzydełko;
Rzekłbyś, że gwiazd znudzonych lazurami plemię
Bóg skrzydłami uzbroił — i przysłał na ziemię.
(„Do Teofila Januszewskiego”, Aleksandria, 22 października 1836)

Do Neapolu jeszcze wrócimy:)