piątek, 31 października 2014

Non omnis moriar

Jutro będziemy odwiedzać groby swoich bliskich. Są jednak takie, których rodzina nie odwiedzi. Groby bohaterów literackich. Stworzone w powieściach, opowiadaniach, wierszach, istnieją naprawdę. Często ludzie, będący pierwowzorami tych postaci rzeczywiście żyli i zmarli tak, jak opisali to literaci. Ich groby są jednak niekiedy symboliczne, ale warto o nich pamiętać. Stanowią bowiem część naszego dziedzictwa narodowego.


Najstarszy chyba taki grób należy do Jana i Cecylii Bohatyrowiczów.


Grób Jan i Cecylii postawiano, wg Orzeszkowej,  w 1549 roku.

Dziś znajduje się na Białorusi. Został opisany przez Elizę Orzeszkową w powieści "Nad Niemnem", kiedy były to jeszcze ziemie polskie:

Był to grobowiec bardzo prosty i ubogi (...) Tylko nazwiska nie było tam żadnego(...) 
Jan i Cecylia! Czy kochali się oni? Czy świat ich rozłączał, a połączyła mogiła? 
Jak żyli i dlaczego,  gdy umarli, tak na długo, na wieki, pozostali w sercach i pamięci ludzi?



Z tego samego stulecia pochodzi grób Urszuli Kochanowskiej w Czarnolesie.

Symboliczny grób córki Jana Kochanowskiego - bohaterki jego trenów, która zmarła prawdopodobnie w 1578.

Wprowadzenie do literatury polskiej małego dziecka dokonało się właśnie po jej śmierci. Kochanowski zerwał z obowiązującą od starożytności tradycją pisania trenów na cześć dorosłych i zasłużonych zmarłych, pisząc:

Wielkieś mi uczyniła pustki w domu moim,
Moja droga Orszulo, tym zniknieniem swoim! 
                                                       (Tren XVIII)


Orszulo moja wdzięczna, gdzieś mi się podziała?
W którą stronę, w którąś się krainę udała?
Czyś ty nad wszytki nieba wysoko wniesiona
I tam w liczbę aniołków małych policzona?
Czyliś do raju wzięta? Czyliś na szczęśliwe
Wyspy zaprowadzona? Czy cię przez teskliwe
Charon jeziora wiezie i napawa zdrojem
Niepomnym, że ty nie wiesz nic o płaczu mojem?
                                                               (Tren X)


Z XIX wieku pochodzi Mogiła Powstańców Styczniowych, opisana w "Nad Niemnem" Orzeszkowej. Z powieści dowiadujemy się, że leży tam czterdziestu patriotów, wśród nich Andrzej Korczyński i Jerzy Bohatyrowicz.

O Mogile, choć ukrytej w białoruskim lesie, pamiętają wciąż miejscowi i przybyli z Polski rodacy.

Tu, nad tym grobem, wiecznie było cicho i samotnie. Świat o nim nie wie nic...


Chyba świat nic nie wie o grobie Macieja Boryny z "Chłopów" Reymonta. Jest bowiem bardzo zaniedbany. Usprawiedliwieniem może być to, że nikt w nim nie leży. Mogiła jest symboliczna. Widocznie kreacja bohatera była tak realistyczna, że traktowano go jak osobę z tego, a nie tylko literackiego świata. No cóż, przecież za tę powieść Władysław Reymont otrzymał Nagrodę Nobla. 


Symboliczny grób Macieja Boryny w Lipcach Reymontowskich
Jak się czyta opis śmierci Boryny, trudno uwierzyć, że nigdy nie umarł, bo nigdy nie żył...

Przystanął zdumiony, zdało mu się, że wszystko ruszyło naprzeciw, pełzały trawy, płynęły rozkołysane zboża, opasywały go zagony, cały świat się podnosił i walił na niego, że strach go porwał, chciał krzyczeć, ale głosu już nie wydobył ze ściśniętej gardzieli, chciał uciekać, zabrakło mu sił i ziemia chwyciła za nogi, plątały go zboża, przytrzymywały bruzdy, łapały twarde skiby, wygrażały drzewa zastępujące drogę, rwały osty, raniły kamienie, gonił zły wiater, błąkała noc i te głosy, bijące całym światem:
- Ostańcie! Ostańcie!
Zmartwiał naraz, wszystko przycichło i stanęło w miejscu, błyskawica otworzyła mu oczy z pomroki śmiertelnej, niebo się rozwarło przed nim, a tam w jasnościach oślepiających Bóg Ociec, siedzący na tronie ze snopów, wyciąga ku niemu ręce i rzecze dobrotliwie:
- Pódziże, duszko człowiecza, do mnie. Pódziże, utrudzony parobku...
Zachwiał się Boryna, roztworzył ręce, jak w czas Podniesienia:
- Panie Boże zapłać! - odrzekł i runął na twarz przed tym Majestatem Przenajświętszym.
Padł i pomarł w onej łaski Pańskiej godzinie.
Świt się nad nim uczynił, a Łapa wył długo i żałośnie...



Na krakowskim Cmentarzu Rakowickim znajduje się grobowiec zmarłej w 1910 r. Faustyny Morzyckiej, którą Stefan Żeromski sportretował jako Stasię Bozowską w "Siłaczce". Jej poświęcenie się skomentował, wkładając w usta Pawła Obareckiego słowa:

Niemądra byłaś! Tak żyć nie tylko nie można, ale i nie warto. Z życia nie zrobisz jakiegoś jednego spełnienia obowiązku: zjedzą cię idioci, odprowadzą na powrozie do stada, a jeśli się im oprzesz (...) to cię śmierć zabije najpierwszą...


                                Grób Faustyny Morzyckiej - pierwowzoru Stanisławy Bozowskiej z "Siłaczki"

Morzycka poświęciła się konspiracyjnej pracy oświatowej w Paulinowie koło Nałęczowa, otworzyła pierwsza szkołę w Nałęczowie. "Siłowała się" z analfabetyzmem i głupotą ludzką.

Zdjęcie pochodzi sprzed kilku lat. Czy ktoś z Krakowa mógłby odszukać ten grób i powiedzieć, jaki jest jego stan obecny?


Nie wszystek umrę, wiem że uniknie pogrzebu
cząstka nie byle jaka - te słowa Horacego widnieją na niejednym cmentarzu. 


Literatura ocaliła ich od zapomnienia.
Dopóki istnieją w naszej zbiorowej świadomości, dopóty my istniejemy...


sobota, 25 października 2014

Prozatorskie nie znaczy prozaiczne (opisy jesieni)

Opisy przyrody w prozie to fragmenty, które z reguły się omija, czytając powieści czy opowiadania. A szkoda. Można w nich dostrzec piękno opisywanego krajobrazu i talent pisarza. Dlatego dziś postanowiłam je Wam trochę przybliżyć, wszak jesień mamy wciąż cudną.




Słońce (...) przygrzewało jeszcze niezgorzej - wisiało w połowie drogi między południem a zachodem nad lasami, że już (...) grusze po polach, a nawet zeschłe i twarde skiby kładły za się cienie mocne i chłodne. Cisza była na polach opustoszałych i upajająca słodkość w powietrzu... 
...wieś grała w słońcu jesiennymi barwami sadów - niby czerwono-żółta liszka, zwinięta na szarym liściu łopianu...
(W.St.Reymont "Chłopi", t. 1 "Jesień")




Poranek był jasny i chłodny, a że zaś przymrozek orzeźwił powietrze, to i raźniej się poruszali, i zgiełkliwiej; wychodzili gromadniej na pola, którzy do kopania szli z motyczkami a koszykami na ręku,dojadając śniadań, którzy z pługiem ciągnęli na ścierniska...
Takiego widoku już dziś nie ujrzymy na polskich polach.

Droga była pusta i zasłana opadłym liściem tak obficie, że wyboje i głęboko powyrzynane koleiny pokryły się rdzawozłocistym kobiercem, pociętym pręcami cieniów, jakie rzucały pnie topoli, bo słońce z boku świeciło.
(j.w.)





U Żeromskiego opis jesieni mam być tłem smutnego losu bohatera, toteż i pora roku nie będzie piękna.

Ponura jesień zwarzyła już i wytruła w trawach i chwastach wszystko, co żyło. Obdarte z liści, szczerniałe rokiciny żałośnie szumiały, zniżając pręty aż do samej ziemi. Bure obłoki podarte i rozczochrane leciały szybko, prawie po powierzchniach tych pól obumarłych i przez deszcz chłostanych.
(Stefan Żeromski "Rozdziobią nas kruki, wrony...")




W bruzdach ściernisk i podorywek jesiennych, na sapowatych niwkach i świeżych karczowiskach, gdzie stały smugi wody po niedawnej nawałnicy, mieniły się rude plamy jak kawałki szyb przepalonych. (...) Nadleciały stadkiem cyranki, krążyły kilkakroć z wyciągniętymi szyjami, przerywając ciszę melodyjnym, dzwoniącym świstem skrzydeł zataczały w powietrzu elipsy coraz mniejsze...
(Stefan Żeromski "Zmierzch")


Cyranki z: http://forum.bocian.org.pl/viewtopic.php?p=58158

Wolę optymistycznego Sienkiewicza:)

Godzina była popołudniowa i słońce chyliło się już dobrze ku zachodowi, ale po nocy dżdżystej i burzliwej dzień był piękny i niebo czyste, gdzieniegdzie tylko upstrzone na zachodniej stronie małymi różowymi obłokami, które zasuwały  się z wolna  za widnokrąg, podobne do stada owiec schodzącego z pola. 
(Henryk Sienkiewicz "Potop", t.1)



Noc była pogodna i księżycowa, ale hałaśliwa. W głębinach leśnych wrzało życie. Była to pora bekowiska, więc puszcza brzmiała naokół groźnymi rykami jeleni.
(j.w., t.II)




Znajomy myśliwy twierdzi, że Sienkiewicz się pomylił. Pojęcie bekowisko stosuje się tylko do danieli, zaś okres godowy jeleni to rykowisko. Etymologicznie rzecz biorąc, daniele bekają (czy beczą) a jelenie ryczą? Sienkiewicz nie bawił się w takie subtelności:)




Słownik Języka Polskiego wyjaśnia, że użyte przez niego bekowisko oznacza gody zarówno danieli, jak i jeleni.



Niechaj ten jesienny zegar przypomni Wam, że dziś przechodzimy na czas zimowy...



sobota, 18 października 2014

Jesiennie...

Mamy tak piękną jesień w tym roku, że aż grzechem byłoby o niej nie pisać... A któż lepiej to zrobi, jak nie nasi poeci? Oddajmy im zatem głos.



Najsłynniejszy chyba (dzięki Czesławowi Niemenowi) wiersz o jesieni wyszedł spod pióra Juliana Tuwima.


Wspomnienie

Mimozami jesień się zaczyna,
Złotawa, krucha i miła.
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
Która do mnie na ulicę wychodziła. 

Od twoich listów pachniało w sieni,
Gdym wracał zdyszany ze szkoły,
A po ulicach w lekkiej jesieni
Fruwały za mną jasne anioły. 

Mimozami zwiędłość przypomina
Nieśmiertelnik żółty - październik.
To ty, to ty moja jedyna,
Przychodziłaś wieczorem do cukierni. 

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
W parku płakałem szeptanymi słowy.
Młodzik z chmurek prześwitywał jesienny,
Od mimozy złotej - majowy. 

Ach, czułymi, przemiłymi snami
Zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
W snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
Jak tą złotą, jak tą wonną wiązanką...


Mimozy już przekwitają. Znalazłam jeszcze trochę żółtych.



Nie mniej zachwycający jest opis jesieni Leopolda Staffa

J e s i e ń

Jesień mnie cieniem zwiędłych drzew dotyka,
Słońce rozpływa się gasnącym złotem.
Pierścień dni moich z wolna się zamyka,
Czas mnie otoczył zwartym żywopłotem.

Ledwo ponad mogę sięgnąć okiem
Na pola szarym cichnące milczeniem.
Serce uśmierza się tętnem głębokiem.
Czemu nachodzisz mnie, wiosno, wspomnieniem?

Tak wiele ważnych spraw mam do zachodu,
Zanim z mym cieniem zostaniemy sami.
Czemu mi rzucasz kamień do ogrodu
I mącisz moją rozmowę z ptakami? 


W moim ogrodzie spadają liście. A kto je zgrabi? Ja oczywiście:)


Konstanty Ildefons Gałczyński zachęca do znalezienia kogoś bliskiego na chłodne dni:


Jesień 

Jabłka świecą na drzewach jak węgle w popiele,
wiatrak pęka ze śmiechu i powietrze miele.

Jak na fryzie klasycznym dziewczyny dostojne
z różowymi żądzami mężną wiodą wojnę.

Już kasztan się osypał i ochłodły ranki;
o, młody przyjacielu, poszukaj kochanki

z małym domkiem, ogródkiem, sennym fortepianem,
która by włosy twoje czesała nad ranem,

z którą byś po śniadaniu czytał Mickiewicza -
niech będzie silna w ręku, a piękna z oblicza,

jak jesień zamyślona, jak Jesień śmiertelna
i jako jabłka owe cierpka i weselna.


Jesienny zestaw witamin:)

I jeszcze kobiecy punkt widzenia - Kazimiera Iłłakowiczówna


O jesieni, jesieni

Niech się wszystko odnowi, odmieni....
O jesieni, jesieni, jesieni .....
Niech się nocą do głębi przeźrocza
nowe gwiazdy urodzą czy stoczą,
niech się spełni, co się nie odstanie,
choćby krzywda, choćby ból bez miary,
niesłychane dla serca ofiary,
gniew czy miłość, życie czy skonanie,
niech się tylko coś prędko odmieni.
O jesieni!... jesieni! ... jesieni!

Ja chcę burzy, żeby we mnie z siłą
znowu serce gorzało i biło,
żeby życie uniosło mnie całą
i jak trzcinę w objęciu łamało!
Nie trzymajcie, nie wchodźcie mi w drogę
już się tyle rozprysło wędzideł ...
Ja chcę szczęścia i bólu, i skrzydeł
i tak dłużej nie mogę, nie mogę!
Niech się wszystko odnowi, odmieni! ...
O jesieni! ... jesieni! ... jesieni.



Carpe diem!

niedziela, 12 października 2014

Odkrycie Ameryki

Dziś, w 522. rocznicę dopłynięcia okrętów Krzysztofa Kolumba do wybrzeży Ameryki (co stało się 12 października 1492 r.), trochę o odkrywaniu tego kontynentu przeze mnie i Czesława Miłosza. Nasz noblista mieszkał tam (z przerwami) prawie pół wieku, ja niestety tylko parę dni... O Nowym Jorku pisałam w poprzednich postach, teraz więc czas na Waszyngton - stolicę USA.


Kapitol położony na wzgórzu
            Kapitolińskim w Waszyngtonie, pełni funkcję siedziby
Kongresu Stanów Zjednoczonych.



Czesław Miłosz w latach 1946-1950 był attaché kulturalnym oraz sekretarzem w ambasadzie polskiej w Waszyngtonie. Tu urodził się jego syn Antoni. Tu też powstał jeden z najsłynniejszych wierszy noblisty - "Który skrzywdziłeś".



Który skrzywdziłeś człowieka prostego 

Śmiechem nad krzywdą jego wybuchając, 

Gromadę błaznów koło siebie mając 

Na pomieszanie dobrego i złego, 




Choćby przed tobą wszyscy się kłonili 

Cnotę i mądrość tobie przypisując, 

Złote medale na twoją cześć kując, 

Radzi że jeszcze dzień jeden przeżyli, 




Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta. 

Możesz go zabić - narodzi się nowy. 

Spisane będą czyny i rozmowy. 




Lepszy dla ciebie byłby świat zimowy 

I sznur i gałąź pod ciężarem zgięta. 



Mógł pisać takie rzeczy tylko z dala od ojczyzny. W 1950 roku, kiedy powstał ten wiersz, żył jeszcze Stalin. Nic więcej dodawać nie trzeba...




Fragment ogromnego pomnika stojącego w National Mall
 ku czci Amerykanów walczących w czasie II wojny światowej.





Po strasznych latach wojny, spędzonych w Polsce, dane było mu normalne życie, odkrywanie na nowo, że świat jest piękny.


Mauzoleum Lincolna - szesnastego prezydenta Stanów Zjednoczonych
 przypomina grecki Partenon 


Abraham Lincoln jak żywy

Pomnik Waszyngtona
 – biały obelisk
 w National Mall, upamiętniający prezydenturę George'a Washingtona 


Miłosz postawił sobie za cel "stworzyć specjalną obsługę informowania kraju o życiu literackim, artystycznym oraz naukowym Ameryki", jak pisał do Jerzego Andrzejewskiego. Chciał także popularyzować kulturę polską w Stanach Zjednoczonych. Miłoszowi właśnie zawdzięcza Gombrowicz fakt, że za oceanem jest bardziej znany niż w Polsce. 

Biały Dom od strony ogrodu



Przyczynił się do utworzenia katedry kultury polskiej imienia Adama Mickiewicza na Columbia University. Napisał cykl "Życie w USA" publikowany w "Odrodzeniu". Jako jeden z pierwszych Polaków odkrył to, co już dziś znamy wszyscy - mianowicie fakt, że angielszczyzna służy ekonomii wysłowienia się. 


Znany z telewizji widok Białego Domu


Miłosz marzył o tym, żeby przestać być dyplomatą i żyć z pisania. Zdawał sobie jednak sprawę z tego, że w ojczystym języku nie ma dla kogo pisać (w Polsce nie wydrukują, a Polonia w Stanach nie była zainteresowana poezją), zaś tworzenia po angielsku, choć znał ten język doskonale, nie wyobrażał sobie. W jednym z jego listów czytamy: "Od czasu do czasu napiszę jakiś artykuł po angielsku, dziwiąc się, jak Conrad mógł w obcym języku pisać". Chodzi oczywiście o Józefa Konrada Korzeniowskiego, tworzącego pod pseudonimem Joseph Conrad.

Akcent polski w Waszyngtonie - pomnik Tadeusza Kościuszki


Pod koniec 1950 roku opuścił Waszyngton i przeniósł się na kilka lat do Paryża. Dziesięć lat później powrócił do Stanów, aby mieszkać przez ponad 30 lat w Kalifornii. Ameryka stała się jego drugą ojczyzną. Miał do niej ambiwalentny stosunek. Skarżył się na jałowość tej ziemi, ale doceniał komfort mieszkania na niej. Ostatnia dekadę swojego długiego życia spędził w Krakowie. W tym roku minęło 10 lat od jego śmierci. 

Jest takie ciekawe spojrzenie na dokonanie Kolumba, autorstwa Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego:


Teatrzyk „Zielona Gęś” ma zaszczyt przedstawić

„Zakrycie Ameryki”

Scena przedstawia statek Krzysztofa Kolumba,
dopływającego do brzegów amerykańskich.

MAJTEK NA MASZCIE:
                Ziemia! Ziemia!

KRZYSZTOF KOLUMB:
                (śpi znużony)

MAJTEK NA MASZCIE:
                Panie Krzysztofie, niech pan wstanie!
                Zaraz nastąpi odkrycie Ameryki!

KRZYSZTOF KOLUMB:
                Co? Odkrycie Ameryki? Nie warto.
                Zakryjcie ją z powrotem.

MAJTEK NA MASZCIE:
                (zakrywa Amerykę z powrotem)
              
  K u r t y n a
                nie zapada,
                bo w tym wypadku istnieje tylko
w wyobraźni oszczerców



Można nie lubić Ameryki, ale trzeba przyznać, że gdyby Europejczycy jej nie odkryli, nie mieliby gdzie uciekać w czasach strasznych dla naszego kontynentu. Co by się stało na przykład z Einsteinem, gdyby nie schronił się w Stanach przed nazizmem?

Pomnik Alberta Einsteina w Izraelskiej Akademii Nauk w Waszyngtonie
(przepraszam za jakość zdjęcia, ale robione było w nocy podczas deszczu)
Rzeźbiarz uchwycił tu tę cudowną dziecięcość noblisty.


sobota, 27 września 2014

New York! New York!

W poprzednim poście zabrałam Was do Nowego Jorku, ale ze względu na rocznicę tragicznego wydarzenia, skupiłam się tyko na miejscu po WTC. Dziś więc kilka zdjęć miasta, okraszonych komentarzami oraz informacjami o pobycie w nim polskich literatów.

Statua Wolności rozczarowała mnie swoim rozmiarem. Myślałam, że jest większa:)


Pierwszym chyba z naszych wielkich, który znalazł się w Ameryce był Cyprian Norwid. 12 lutego 1853 przypłynął tu statkiem "Margaret Evans". Znalazł posadę w pracowni graficznej, ale nie czuł się dobrze z dala od ojczyzny. Jesienią tego samego roku dowiedział się o wybuchu wojny krymskiej i zapragnął wrócić do Europy. Umożliwił mu to książę Marceli Lubomirski. Wiosną 1853 r. obaj już byli na starym kontynencie.


Początki tego uniwersytetu sięgają lat 30. XIX wieku, a więc czasów Norwida

Tematyka amerykańska jest obecna w twórczości Norwida. Najbardziej znany jest, napisany już w Europie na znak protestu, wiersz "Do obywatela Johna Brown". Poeta zabrał głos w prawie skazania na śmierć abolicjonisty. Krytykował rozbieżność między ideałami wolnościowymi Stanów Zjednoczonych a istnieniem w tym kraju niewolnictwa.




New York jednak nie tylko nie zachwycił mnie, ale rozczarował potężnie. Każde z europejskich miast ma jakąś swoją osobliwość, którą istotnie widzieć warto: Paryż ma ich tysiące, Londyn również, Wiedeń ma Stefana, Berlin swego Kaulbacha, Bruksela - Wiertza i Św. Gudulę, Wenecja - swoje kanały, Rzym - papieża i Rzym starożytny, Kolonia - tum najpierwszy na świecie, Kraków - Wawel i Matejkę, Warszawa dobre chęci, którymi jest brukowaną, wielkich ludzi do małych interesów, najdłuższe na świecie języki, Saski Ogród i dobro społeczne w kształcie dziurawego orzecha, na którym świszcze, kto chce i jak mu się podoba. Wszędzie jest jakaś tradycja, wszędzie z murów patrzy na ciebie, jeśli nie czterdzieści wieków, jak było raz powiedziane na pewnym obiedzie dla jednego z jubilatów warszawskich, to przynajmniej kilkanaście; wszędzie widzisz historię zakrzepłą w mur i kamień, wszędzie pewną odrębność narodową, wszędzie jakiś wielki ideał, którego początek w mrokach przeszłości. W New Yorku nie ma tego wszystkiego. Główne ciekawości miasta to hotele i banki, czyli inaczej mówiąc: nie ma tu żadnych pamiątek historycznych, żadnych ciekawości. Historii Stanów Zjednoczonych szukaj w Waszyngtonie; w New Yorku masz tylko kupców. Handel, handel i handel, business i business, oto, co widzisz od rana do wieczora, o czym ustawicznie słyszysz i czytasz. Na rzut oka nie jest to miasto zamieszkane przez taki a taki naród, ale wielki zbiór kupców, przemysłowców, bankierów, urzędników, kosmopolityczny zarwaniec, który imponuje ci ogromem, ruchliwością, przemysłową cywilizacją, ale nuży cię jednostronnością społecznego życia nie wytwarzającego nic więcej prócz pieniędzy. 

To nie moja opinia, choć poniekąd ją podzielam. Tak o Nowym Jorku pisał w 1876 roku Henryk Sienkiewicz. W tym właśnie roku przybył do Ameryki i z początku nie zachwycił się nią. Dopiero później (a spędził tam dwa lata jako korespondent "Gazety Polskiej") docenił oryginalność tego państwa i narodu. Swoje spostrzeżenia spisał w "Listach z podróży do Ameryki", skąd pochodzi powyższy cytat.

Widok na Manhattan z Empire State Building, do niedawna najwyższego budynku na świecie
 (obecnie wyższy jest w Dubaju). 
Za czasów Sienkiewicza oczywiście takich widoków nie było:)

W środku budynek zwany Żelazkiem ze względu na jego kształt. Wybudowany w 1902 r. (jeszcze za życia Sienkiewicza), był wtedy najwyższy.
Z jednego z takich wieżowców, z 12. pietra hotelu Hudson, 8 czerwca 1956 roku wyskoczył Jan Lechoń. Od lat zmagał się z depresją i podejmował kilka prób samobójczych, ta była ostatnia. Poeta przybył do Nowego Jorku w 1941 roku i pracował w Ministerstwie Informacji i Dokumentacji Rządu Polskiego a następnie w tamtejszym studio Radia Wolna Europa.
Od 30 sierpnia 1949 roku prawie do śmierci (ostatniego wpisu dokonał 9 dni przed samobójstwem) pisał Dziennik. Miał on stanowić rodzaj terapii, jak się okazało nieskutecznej. 

Ostatni swój wiersz, Poeta niemodny, Jan Lechoń, napisał w listopadzie 1955. To bolesny rozrachunek ze swoją twórczością i samym sobą.

POETA NIEMODNY

Mówią mi: "Nic nie wskrzesi czasu co przeżyty,
Wkrótce o nim i pamięć wśród młodych się zatrze.
Zabieraj sobie swoje stare rekwizyty,
Bo nową będą grali sztukę na teatrze".

Cóż robić? Trzeba upić ambrozji się flachą,
Co jeszcze mi została z młodzieńczych bankietów.
Wychodzę z różą w ręku, z księżycem pod pachą.
A resztę pozostawiam dla nowych poetów.
(1955)
Z "Wierszy rozproszonych"

Razem z Lechoniem byli przez pewien czas w Nowym Jorku jeszcze dwaj inni Skamandryci: Julian Tuwim i Kazimierz Wierzyński. Ten ostatni jest już prawie zapomniany. A szkoda! Był to jeden z najbardziej antykomunistycznych naszych poetów, w PRL-u skazany na niebyt, dziś powinien być wskrzeszany.

Jan Lechoń i Kazimierz Wierzyński w 1955 roku.

Wrażenia z pobytu w Stanach zjednoczonych wydał w zbiorku "Moja prywatna Ameryka". Próbował spojrzeć na to miejsce obiektywnie. Widział słabe punkty, ale bronił mocnych. Ubolewał, że świat ma nieprawdziwy obraz mieszkańców tego kontynentu: "Kapelusze turystów z Teksasu pokrzykujących w Luwrze przysłoniły plan Marshalla i odbudowę Europy". Odbudowę, z którą, jak sądził, po II wojnie światowej stary kontynent sobie nie poradzi bez Ameryki.

Widok na Manhattan z Empire State Building

Na stronie http://hej-kto-polak.pl/wp/?p=58942&page=3
można usłyszeć Kazimierza Wierzyńskiego, czytającego swoje wiersze. Polecam, to są nagrania sprzed pół wieku!

Po śmierci Lechonia zanotował:
"Mówi się - double talk,
Sni się - double dreams, Żyje się - double life,
Ale skacze się z okna tylko raz".

Osobiście zajął się pogrzebem przyjaciela.

Słynne żółte nowojorskie taksówki.





Pod koniec II wojny światowej przebywał w Nowym Jorku także trzeci z poetów Skamandra - Julian Tuwim. Lechoń i Wierzyński nie mogli mu darować, że wrócił do komunistycznej Polski (w 1946 roku), gdzie nie można było być niezależnym poetą. Tuwim jednak nie chciał żyć poza ojczyzną, tęsknił za nią bardzo i gdy tylko można było bezpiecznie wrócić, zrobił to. W Ameryce powstały jego "Kwiaty polskie", w których czytamy m.in.:



Ojczyzna
Jest moim domem. Mnie w udziale
Dom polski przypadł. To – ojczyzna

A inne kraje są hotele.





Dlatego Ameryce nie poświęcił zbyt wiele uwagi w swojej twórczości. W książce wydanej w 1950 roku, korzysta z doświadczeń amerykańskich, bawiąc się językiem. Przytacza ...historię pewnego pana nazwiskiem Abel, który pojechał do Ameryki. Tam nazywano go Ebel. Zaczął się więc pisać Ebel. Wtedy mówiono mu: Ibel. Pisał się więc Ibel. Wtedy zaczęto go nazywać Ajbel. Więc na wizytówce zjawisł się Ajbel, co Amerykanie wymawiali Edżbel. Na wizytówce ukazał się Edżbel… Słowem, po paru miesiącach p. Abel wyjechał z Ameryki jako Mr. Kopstruczumcziwadze. ("Pegaz dęba, czyli panopticum poetyckie")


Czesław Miłosz, odwrotnie niż Tuwim, wojnę przeżył w Polsce a po jej zakończeniu, wyemigrował. W Nowym Jorku mieszkał tylko kilka miesięcy w 1946 roku, na początku swojego prawie 50-letniego (z przerwami) pobytu w USA. Pracował tu jako radca kulturalny w Konsulacie Generalnym RP. Potem wyjechał do Waszyngtonu. Ale o tym następnym razem:)

czwartek, 11 września 2014

World Trade Center w poezji

Dziś jest rocznica ataku na WTC. Zastanawiałam się, czy to tragiczne wydarzenie odbiło się jakoś w literaturze. W amerykańskiej oczywiście tak. W polskiej marginalnie. Ze znanych naszych pisarzy właściwie tylko Wisława Szymborska stanęła na wysokości zadania. 

 Dopływamy do Manhattanu, dzielnicy Nowego Jorku, w której stały wieże WTC











Skoczyli z płonących pięter w dół –
Jeden, dwóch, jeszcze kilku
Wyżej, niżej.
Fotografia powstrzymała ich
przy życiu
a teraz przechowuje
nad ziemią ku ziemi.
Każdy to jeszcze całość
z osobistą twarzą
i krwią dobrze ukrytą.
Jest dosyć czasu,
żeby rozwiały się włosy,
a z kieszeni wypadły
klucze, drobne pieniądze.
Są ciągle jeszcze
w zasięgu powietrza,
w obrębie miejsc
które się właśnie otwarły.
Tylko dwie rzeczy mogę
dla nich zrobić –
opisać ten lot
i nie dodawać ostatniego zdania.
 ( Wisława Szymborska „Fotografia z 11 września”)

W oddali widać Wieżę Wolności, budowaną tuż obok miejsca, gdzie stały te zburzone.


 Szukając poezji na ten temat, znalazłam taki wiersz (autorka podpisała się imieniem Anna)

Porażeni żarem
spadali
z dwóch wież
Każdy z nich był Ikarem
gdy chwytał go flesz
w pół drogi do śmierci...

Tak wygląda miejsce, gdzie stał jeden z wieżowców.  Tę wielką dziurę obmywa woda, a na jej obrzeżach wypisane są nazwiska ludzi, którzy zginęli w tej wieży 11 września 2001 roku.



Analogiczny "pomnik" na miejscu drugiej wieży.


Szczątki jednej ze zburzonych wież. Za szybą, na pamiątkę.


Nowe wieżowce obok zburzonych rosną do nieba...


Nie mogę znaleźć nic Czesława Miłosza na ten temat. Fakt, że miał wtedy 90 lat, ale przecież pisał jeszcze. Na pewno wstrząsnęło nim to wydarzenie, zwłaszcza że żył w Ameryce ponad 30 lat. Może znacie jakiś jego wiersz poświęcony dniu 11 września 2001? 
Kto jeszcze z naszych pisarzy dał literackie świadectwo tamtych wydarzeń ?


sobota, 6 września 2014

Sienkiewicz czytany w Płocku

Henryk Sienkiewicz w Płocku chyba nie bywał, w każdym razie nic mi o tym nie wiadomo. Za to jego twórczość jest tam stale obecna (choć w szkołach coraz mniej). Także dziś, w dniu Narodowego Czytania "Trylogii", zainicjowanego przez prezydenta Bronisława Komorowskiego. Impreza godna uwagi, nie mogło mnie na niej zabraknąć. 


Prezydent Płocka Andrzej Nowakowski rozpoczął czytanie "Potopu" (szkoda że nie założył czapki)

Kontynuowali je  wiceprezydent Roman Siemiątkowski, posłanka na Sejm RP Elżbieta Gapińska

oraz inni politycy, a także aktorzy Teatru Dramatycznego w Płocku.
W oddali zamek książąt mazowieckich, należący dziś do biskupa
 (do niedawna do wszystkich płocczan)
Czytali też uczniowie szkół płockich (ze wszystkich poziomów edukacyjnych) 

Sienkiewicz się w grobie przewracał, jeśli widział, że nad jego imprezą czuwał wystający zza dekoracji Ludwik Krzywicki. To, że ten komuch urodził w Płocku, jeszcze nie daje mu prawa stać tu dalej - jego epoka już minęła! 

Tak jak minęła epoka pojedynków, na szczęście. Tutaj walczy "Kmicic" z "Wołodyjowskim".

Przyznam szczerze, że nie przepadam za "Trylogią". Miło się czyta, łechce patriotycznie, ale do czego prowadzi ta gloryfikacja testosteronu? Nie do pokoju, niestety.


Kocham Sienkiewicza za "Rodzinę Połanieckich" i "Bez dogmatu". To się powinno dziś czytać.

W kuferku książki naszego pierwszego noblisty oraz o nim. Można było otrzymać pamiątkową pieczęć Narodowego Czytania.


A także napić się herbaty.



Tak, jak w restauracji obok. Nomen omen pasującej nazwą do dzisiejszego wydarzenia.
Dokąd idę? Dalej szlakiem pisarzy...

Do pięknego i dziwnego Płocka zabiorę Was jeszcze nie raz...