środa, 24 stycznia 2024

Pompeje oczami romantyków

Wybuch Wezuwiusza, o którym pisałam w poprzednim poście, zniszczył okoliczne miejsca, z których najsłynniejsze są Pompeje. Z roku na rok archeolodzy odkrywają kolejne metry zasypanego wulkanicznym popiołem miasta i dowiadujemy się o nim więcej. Polscy romantycy nie mieli tylu informacji, ale chętnie zwiedzali to miejsce. Przyjrzyjmy się ich wrażeniom. 


Adam Mickiewicz odwiedził Pompeje dwukrotnie w czerwcu 1830 roku. Swoje odczucia opisał w liście do Franciszka Malewskiego: „Forum Pompei z kolumnami połamanymi, świątyniami i podstawami posągów najwspanialszym jest komentarzem forum rzymskiego. Nie można wystawić sobie, nie widząc, gustu i elegancji starożytnych; wszystkie sprzęty, od ołtarza aż do szal i wag miejskich, wiader i kociołków, zdaje się, że były rysowane przez dekoratorów dla teatru, dla wystawienia jakiej opery i baletu. Każdy pyta, gdzie w Pompei mieszkali biedni ludzie, bo każdy domek jest cackiem, jak gdyby dla ubrania ogrodu jakiego zbudowany. Szkoda, że wszystkie ozdoby odarto i przeniesiono do Muzeum. O malowidłach Pompei byłbym w humorze książkę napisać, a przynajmniej jaką deklamacją akademicką. Mało arcydzieł malarstwa nowożytnego może stanąć obok cudownych fresków, a rysunek zdaniem wszystkich nieporównany. Żadna galeria nie sprawiła na mnie tak wielkiego wrażenia.”


Mickiewicz zwrócił uwagę na teatralność miasta. Porównywał je do sceny opuszczonej przez aktorów w dramatycznych okolicznościach. Juliusz Słowacki natomiast przyznaje Joannie Bobrowej: „Herculanum i Pompeja nie zrobiły na mnie żadnego wrażenia. Chodziłem po ulicach Pompei z cygarem w zębach jak po spalonej wiosce. Uliczki małe, brukowane przed wiekami, z dwóch stron grobowce i domki bez dachów i sufitów, uróżowane jak stare kobiety szczątkami czerwonych malowideł.” 


Poeta odwiedził to miejsce pięć lat po Mickiewiczu, wiosną 1835 roku. Początkowy lekceważący ton wypowiadania się o Pompejach ustąpił refleksjom filozoficznym: „Dziś, jak przed wiekami, wszystko, co tylko jest pięknego i miłego na tych brzegach, jest przeznaczone na zagładę przez śmierć gwałtowną. Zawsze to jest świeża Pompeja, piękna Pompeja, strojąca się w wieńce i festony w wigilię dnia, który będzie dla niej ostatnim.[…] Na tej ziemi cieniem znikomym jest wszystko, od skromnej stokrotki aż do wulkanu. Ludy i przyrody mijają, odradzają się i odchodzą. Przyroda więcej ma sił, długi czas jest widownią, na której się miotają miliony istot, z roku na rok więdnących, kiedy ona sama więdnie w przeciągu całych miriadów stuleci. […] Piszę te słowa, spoglądając na najwspanialszy z tworów ziemskich. Przeczuwając nieskończone piękno, którego ten widok jest tylko gęstą zasłoną, słabem odbiciem, zabłąkanym dźwiękiem, pozwoliłem sobie na te myśli, które, jakkolwiek w małej pozostają z nim harmonii, są jednak jego fatalnym wynikiem”. (Do Joanny Bobrowej,  Neapol, 30 marca 1835)


Miesiąc później pisał do Konstantego Gaszyńskiego: „Byłem w Pompei: u wnijścia do miasta groby, zaraz potem za bramą pierwszy budynek, to dom rozpusty, śmierć i rozkosz, dwa największe działacze materialnego świata. W tej odgrzebanej mumii piękne są pomniki. Architektura grecka skandowana, jak wiersze Enejdy; matematyka, prawo rzymskie stare, w kamień wcielone. Tu dopiero starożytność się pojmuje i porównywa z nowemi czasy. Starożytni szli od nieskończoności w skończoność; co od pierwszej zarwać mogli, opisywali drugą, oddzielali od matki. My ze skończoności wychodzim, a dążym w nieskończoność”.


Największe wrażenie z Pompejów, zachowane w poezji, znajdziemy u Cypriana Norwida. Odwiedził je dwukrotnie w latach 40. XIX wieku. Efektem tych wypraw jest poemat „Pompeja”, w którym autor stosuje dialog zmarłych ze współczesnymi, zaś zatrzymane w czasie miasto staje się przestrzenią między teraźniejszością i przeszłością. Bohaterami są: Marcus Balbus, konsul Pompejów, którego wspaniały konny posąg odkopano w ruinach Herculanum i nieznany z nazwiska poeta, którego opis przypomina jedną z postaci uwiecznionych na malowidle ściennym w pompejańskim Domu Dramaturga. Los zetknął ich w tym tragicznym dniu. Opowiadają współczesnemu poecie – Norwidowi, który zwiedzając cmentarz pompejański przysiadł na chwilę na grobie kapłanki Mammii, o tym co się wydarzyło 24 sierpnia 79 r. Poznajemy ich mentalność i duchowość, a także tętniące życiem miasto, aż do momentu wybuchu Wezuwiusza.


Pompejański poeta relacjonuje swoje ostatnie chwile:                                                                                                   
I nie wie już, czy goni wibracje odległe,
Słuchowi śmiertelnemu więcej niepodległe,
Czy wraca ciałem w spokój materji, czy marzy?...
Tak byłem — nagle gęsto poczułem na twarzy
Sypany mak, a zdala piorunów deszcz głuchy...
I czucia te, co bolą, gdy przechodzisz w duchy...

Relacja Balbusa, siedzącego na koniu, jest również przejmująca:            

 A lewą cugli sięgam... Powietrze złociste
Owiało mię, rąk chmurę widziałem w lawinie,
I różnych świątyń różne chóry uroczyste,
Tu, tam błyskawicami z cieniu wyrywane.
A koń mój szalał, w bruki bijąc coraz ciszéj,
Jakby na błonia wchodził wciąż zasypywane,
A ja — milczałem, czując, że nikt już nie słyszy...

 ...To Balbus rzekł. Potem,
Znikając, zwolna łączył się z poety cieniem,
Jak włókna dwu obłoków, w jeden spartych grzmotem
I osrebrzonych jednym księżyca promieniem
I znikli...

Obaj bohaterowie poematu w ostatnich chwilach swego życia, zanim znikli zasypani popiołem, poczuli w pewnym momencie na twarzach sypany mak, a do ich uszu dochodził z dala piorunów deszcz głuchy. To spotkanie ze spływem piroklastycznym, który rzeczywiście pochłonął miasto.
                                                          

Na koniec kilka moich spostrzeżeń. Warto odwiedzić Pompeje, gdy jest się w pobliżu. Jeśli jednak ktoś chciałby tam pojechać specjalnie z drugiego końca Europy, to musiałby być pasjonatem ruin i historii starożytnej. Najbardziej zaskoczyły mnie zachowane na murach fallusy (patrz: zdjęcie powyżej) i freski przedstawiające sceny erotyczne. Dzisiejsza rozwiązłość, na którą czasem narzekamy, to nic z pompejańską, o której opowiadał nam przewodnik. 


Mieszkańcy Pompejów cieszyli się życiem. Mieli bogate wille i wielkie rzymskie łaźnie, kasyna, a także domy publiczne. Wszystko skończyło się jednego dnia, kiedy miasto zostało przykryte ponad czterometrową warstwą popiołu. Znaleziono szczątki dwóch tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieci. Możemy ubolewać nad ich losem, ale przecież nasze dni także są policzone. 


Maki, których brak rozczarował mnie na Monte Cassino, zobaczyłam dopiero w Pompejach....

środa, 10 stycznia 2024

Romantycy na Wezuwiuszu

Za oknem zima, miło więc wrócić pamięcią do ciepłych dni. Ostatnia moja podróż zagraniczna odbyła się wiosną zeszłego roku. Wędrowałam wtedy po dawnym Królestwie Neapolu, ale nie zdążyłam opisać jeszcze wszystkich zwiedzonych wtedy miejsc, więc z chęcią wracam. O samym Neapolu przeczytacie tu: https://mojepodrozeliterackie.blogspot.com/search/label/Neapol

Wezuwiusz widziany z autostrady

Dziś o wulkanie strzegącym miasta, a zarazem zagrażającym okolicznym mieszańcom, czyli o Wezuwiuszu. Zacznijmy od zwiedzania go przez Mickiewicza. Poeta miał tę okazję 1 czerwca 1830 roku. W towarzystwie Antoniego Edwarda Odyńca i trzech innych współtowarzyszy wspinał się na szczyt wulkanu przez półtorej godziny (nam to zajęło godzinę, ale do pewnego momentu podjechaliśmy samochodem). W XIX wieku można było za to zejść do krateru, co dziś jest zabronione. „Byłem w kraterze Wezuwiusza nad samą paszczą i zajrzałem w gardziel, w jego ogniu zapaliłem laskę i cygaro.” – pisał Mickiewicz do Franciszka Malewskiego, filomaty i przyjaciela z czasów wileńskich. Z relacji Odyńca wynika, że poeta, zobaczywszy Wezuwiusz po raz pierwszy jeszcze z daleka, zdjął czapkę, aby oddać cześć temu cudowi natury. Ze szczytu wulkanu podziwiali Zatokę Neapolitańską i sam Neapol. 

Sześć lat później, również w czerwcu, wspiął się na Wezuwiusz Juliusz Słowacki. Przyglądał się mu bacznie już z okien neapolitańskiego pokoju. Wiemy to z listów do matki: „Od piętnastu już dni siedzę w oknie moim, na ulicy św. Łucji, w Neapolu, patrząc na błękitne morze, na Wezuwiusz, na Neapol ciągnący się w półokręgu na lewo, w dzień biały, w nocy jaskrawy tysiącem świateł. (...) Zachwycony jestem Neapolem, nigdy przedtem nie miałem wyobrażenia o Neapolu – nie wiedziałem, jak ten Wezuwiusz stoi na straży z boku zatoki, otoczony u spodu białym wieńcem małych domków – nie wiedziałem, że można mieszkać o 12 kroków od brzegu morskiego i mieć morze dziedzińcem domu swojego, a Wezuwiusz latarnią stojącą u bramy”.

Wezuwiusz od strony morza

„Kiedy patrzę na Wezuwiusz i na białe domki u stóp jego nad morzem, myślę, że można byłoby w jednym z tych domków szczęśliwe pędzić życie – trzeba by tylko z trzykroć majątku. Wtenczas ty, moja droga, miałabyś mieszkanie z ogródkiem pełnym róż, tulipanów i anemonów – ja miałbym także cichą i żaluzjami zielonymi zasłoniętą pracownią, łódkę z białym żagielkiem na morzu, konia – a potem może miłą i dobrą żonę, różowe dzieci – a potem niechby choć popiół przysypał nasze grobowce.” –  pisał do matki.

Widok z Wezuwiusza na Neapol

Na Wezuwiusz wszedł wraz z czwórką przyjaciół. Wybrali się pod wieczór, drogę oświetlając sobie pochodniami. Nocowali w domku pustelnika, znajdującym się tuż przed samym szczytem, tak by obserwować wschód słońca:

„(...) przed wschodem słońca ruszyliśmy dalej. Trudno się było drapać po osypującym się popiele, ale widok roztrzaskanego szczytu Wezuwiusza wynagrodził nam trud podjęty. Nic piękniejszego, jak ten piekielny obraz żużlowych skał. Niektóre czerwone się wydają jak ogień, inne złotym kolorem siarki umalowane błyszczą od wschodzącego słońca, z niektórych miejsc wydobywają się białe kosmyki dymu. Dalej ogromna przepaść krateru, cicha teraz i połykające rzucane w nią kamienie z ogromnym hukiem. Gdzieniegdzie żużle jeszcze gorące i ciepłe powietrze z ziemi wydobywa się jak z pieca. – Z tej równiny żużlowej widzieliśmy wschód słońca. Nieraz już ta gwiazda zastawała mnie na szczytach gór. Może już mnie zna z twarzy witając mnie tak często pierwszego na ziemi.”

Neapol widziany z Wezuwiusza

Przyznawał się matce do wyobrażeń, których nie powstydziłby się współczesny twórca horrorów:

„Na wulkanie przychodziły mi do głowy różne dziwaczne myśli. Na przykład – myślałem sobie, że nie byłoby cudem wielkim przyrodzenia, gdyby trumny złych ludzi, zakopane w ziemi, przerzynały się przez nią jak strumienie i wpadały podziemnymi drogami do żaru wulkanicznego”.                                  Kiedy pod koniec czerwca na miesiąc przeniósł się do Sorrento, znów widział wulkan z okna wynajętego mieszkania. Matce przesłał oryginalną pamiątkę z Wezuwiusza: „wanienkę z lawy na łzy po Julku”.

Droga na szczyt wulkanu

Do Teofila Januszewskiego pisał:

Patrzałem na Wezuwiusz, aż po lawy ścianie

Drący się księżyc wejdzie, na kraterze stanie

I stamtąd białe czoło obróci do świata. 

Tak zrodzone na grobie dziecko twego brata,

Któremu pierwsza grobu lilia rówieśniczką,

Zamyśloną na ludzi spojrzało twarzyczką

Z cichej ojca mogiły… Gdzie nasz lazurowy

Golf? i ciche przy białym księżycu rozmowy?

Jeszcze trochę do krateru...

Trzeci z wieszczów, Zygmunt Krasiński, zobaczył Wezuwiusz wiosną 1835 roku. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia trzy lata i kochał się w mężatce, Joannie Bobrowej. Przesyłał jej kwiatki zerwane u stóp wulkanu. Ja szukałam tam czterolistnej koniczyny.

Koniczyna (czterolistna!) na zastygłej lawie

Nowy Rok 1839 witał z ojcem w blasku niezwykłych petard wydobywających się z krateru Wezuwiusza. 19 stycznia tak relacjonował ten wybuch Konstantemu Gaszyńskiemu:
„Byłem na Wezuwiuszu podczas wybuchu i takem sobie oczy popsuł, że nie wiem, kiedy do miary swej przyjdą. Ale praw­da, że piękny był widok: kitą dymu się odział i rozpuścił ją w poprzek nieba w kształt wiejących piór hełmu nad całą za­toką. Księżyc to za nią się chował, a wtedy czarno i czerwono było na ziemi, wtedy piekło, bo płomienie buchały z krateru, to zza niej się wychylał, a wtedy cała przestrzeń słodką bar­wę czystego światła przybrawszy, wydawała się jako pole bi­twy, na którym potęgi anielskie, dziewicze, szatana pokona­ły. Co kilka minut taka odmiana następowała”. 

Krater Wezuwiusza

Na koniec warto dodać, że i czwarty z naszych największych romantyków wspiął się na szczyt Wezuwiusza. Cyprian Norwid, zakochany w Marii Kalergis, nie liczył się ze stanem swego zdrowia i finansów. U jej boku (oraz innych adoratorów) zwiedził okolice Neapolu w 1845 roku. Sam wulkan nie zrobił na nim takiego wrażenia, jak zasypane przez lawę Pompeje. Ale o tym następnym razem.

poniedziałek, 1 stycznia 2024

Do siego roku!

Stary rok odszedł, robiąc przestrzeń nową

I wszystkie złe rzeczy zabrał już ze sobą.

Niech nowy przyniesie tyko to, co dobre.

Dwanaście miesięcy - niechaj będą szczodre.

sobota, 23 grudnia 2023

Życzenia

Niechaj ten czas świąteczny zbliży do siebie rodziny, rodaków, ludzkość. 

Cieszmy się swoją obecnością, nie tylko prezentami. 

czwartek, 14 grudnia 2023

Książka pod choinkę

Jeśli nie macie jeszcze wszystkich prezentów pod choinkę, serdecznie polecam moje książki, zwłaszcza ostatnią. Poniżej kilka opinii na jej temat, napisanych przez ludzi, którzy ją przeczytali i zechcieli podzielić się wrażeniami. 







Świąteczna promocja na wszystkie moje książki trwa do 20 grudnia, żeby Mikołaj zdążył przed Wigilią 😉 Czekam na Wasze zamówienia pod mailowym adresem az44@wp.pl


poniedziałek, 4 grudnia 2023

Literackie Barbary

Kiedyś hucznie świętowana Barbórka, dziś już jest nieco zapomniana. Podobnie jak imię jej patronki. A jest mi szczególnie bliskie. Nosi je moja chrzestna, ciocia Basia i chrześniaczka, bratanica Basia. Dla nich właśnie, a także moich Czytelniczek o tym imieniu poszukam dziś Barbar w literaturze.

Najwcześniejszy polski tekst, jaki przychodzi mi do głowy, w którym wymienione jest to imię, wyszedł spod pióra Mikołaja Reja. Nosi tytuł  Epitafium Barbary Radziwiłłówny i powstał  w 1551 roku, po śmierci ukochanej żony Zygmunta Augusta. Ta właśnie królowa, jak żadna inna, była wspominana w wielu utworach literackich, nie tylko bezpośrednio po pogrzebie. W kolejnych epokach pisali o niej Alojzy Feliński, Klementyna z Tańskich Hoffmannowa, Julian Ursyn Niemcewicz, Lucjan Rydel i Stanisław Wyspiański. Nasze stulecie także przynosi szereg książek o Litwince, która podbiła serce polskiego króla. I choć początkowo polscy literaci pisali o niej  paszkwile, przedstawiające Barbarę jako czarownicę, która z pomocą sił nieczystych uwiodła monarchę, późniejsze teksty są już na ogół jej przychylne. 

https://wielkahistoria.pl/choroba-barbary-radziwillowny

Basia wymieniona jest w naszym hymnie narodowym. Tekst pochodzi z końca XVIII wieku i pewnie imię to było wtedy w Polsce popularne. Nieczęsto śpiewa się tę zwrotkę, dlatego ją przypomnę: 

Już tam ojciec do swej Basi

Mówi zapłakany –

Słuchaj jeno, pono nasi

Biją w tarabany.

Magdalena Zawadzka jako Basia Wołodyjowska (https://echodnia.eu/swietokrzyskie/baska-z-pana-wolodyjowskiego-debiutowala-w-sandomierzu/ar/9103087)

Myśląc o Basi, widzę obraz żony Michała Wołodyjowskiego z ostatniej części Trylogii Sienkiewicza. Ma około dwudziestu lat. Jest drobna, ma płowe włosy, błyszczące oczy i różowe policzki. Wszędzie jej pełno, jest energiczna. W jej rolę świetnie wcieliła się młodziutka Magdalena Zawadzka. Barbara Wołodyjowska z domu Jeziorkowska miała swój pierwowzór historyczny. Była nim Krystyna Jeziorkowska, córka miecznika podolskiego Walentego. Za Wołodyjowskiego wyszła w 1662 roku, będąc już trzykrotną wdową. U Sienkiewicza jest jedną z najsympatyczniejszych postaci kobiecych z całej jego twórczości. 

Co innego Barbara, a właściwie pani Barbara, jak pisała o niej Maria Dąbrowska w swojej powieści Noce i dnie. Jej kapryśny wizerunek znają chyba wszyscy Polacy 40+ (młodsi też niektórzy), dzięki pięknej kreacji Jadwigi Barańskiej. Możecie mówić, co chcecie, ale ja uwielbiam Barbarę Niechcic! Jest czasami trochę denerwująca, ale życie ją nie rozpieszczało. Wyszła za mąż bez miłości, bo ukochany wolał inną. Do tego jako panienka z miasta, starannie, jak na owe czasy wykształcona, trafiła na wieś zabitą dechami, w brud, smród i ubóstwo. Dzielnie znosiła te trudy, nie skarżąc się nikomu. urodziła czworo dzieci, z których jedno zmarło w dzieciństwie. Była pracowita i wierna mężowi, choć ten jej nie. Kochający i ubóstwiany przez czytelników (a jeszcze bardziej przez widzów serialu) Bogumił zdradzał ją najpierw z panną Wojnarowską, a potem ze służącą. Aż wreszcie opuścił ją na zawsze, przechodząc na tamten świat przed wybuchem wojny światowej. To jego nosiła w sercu do końca książki i nie chciała się spotkać z dawnym ukochanym, mimo że miała ku temu dwa razy okazję. 

Jadwiga Barańska w roli pani Barbary (https://www.facebook.com/photo)

Barbara Niechcic to kobieta wrażliwa, skłonna do refleksji, można by rzec filozofka, zastanawiająca się nad sensem życia. Sfrustrowana, bo nie było jej dane żyć tak, jak tego pragnęła. Jest przy tym szczera wobec siebie i ludzi, troszczy się o najbliższych, a świat nie wydaje się jej czarno-biały, tylko bardziej skomplikowany. Myślę, że jest to najlepiej stworzona bohaterka w całej naszej literaturze. 

(https://kultura.gazeta.pl/kultura/7,114438,29508247)

W tym samym czasie, co Noce i dnie została napisana inna książka z Basią w roli głównej. Tym razem małą Basią, którą opiekują się przypadkowi ludzie. Mowa o Awanturze o Basię Kornela Makuszyńskiego. Najpierw doktorowa z prowincjonalnego miasteczka wysyła bohaterkę pociągiem, z kartką na szyi z zapisanym adresem osoby, do której ma się udać. Jednak kartka ulega po drodze częściowemu zniszczeniu i jest mylnie odczytana. Dziewczynka trafia pod opiekę pisarza Olszowskiego. Wkrótce zgłasza się prawowita opiekunka - Stanisława Olszańska, przyjaciółka zmarłej w tragicznym wypadku matki Basi. Książka była dwa razy sfilmowana - w 1959 i 1995 roku. W rolę tytułowej bohaterki wcieliła się najpierw Małgorzata Piekarska, a następnie Paulina Tworzyańska. 

Paulina Tworzyańska w roli Basi Bzowskiej (https://viva.pl/ludzie/newsy/paulina-tworzyanska)

Barbary w poezji pamiętam dwie. Pierwsza, rzecz jasna, to żona Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Dedykował jej swoje erotyki, pisane w czasie II wojny światowej. Najbardziej znany to chyba Biała magia. W nim Barbara, jeszcze wtedy Drapczyńska (wiersz pisany był pięć miesięcy przed ślubem), jest wymieniona z imienia.  

Stojąc przed lustrem ciszy

Barbara z rękami u włosów

nalewa w szklane ciało

srebrne kropelki głosu. 

I wtedy jak dzban — światłem

zapełnia się i szkląca

przejmuje w siebie gwiazdy

i biały płyn miesiąca.

Przez ciała drżący pryzmat

w muzyce białych iskier

łasice się prześlizną

jak snu puszyste listki.

Oszronią się w nim niedźwiedzie,

jasne od gwiazd polarnych,

i myszy się strumień przewiedzie

płynąc lawiną gwarną. 

Aż napełniona mlecznie,

w sen się powoli zapadnie,

a czas melodyjnie osiądzie

kaskadą blasku na dnie.

Więc ma Barbara srebrne

ciało. W nim pręży się miękko

biała łasica milczenia

pod niewidzialną ręką. 

Zapewne wszyscy znamy jej tragiczny los. Zginęła w czasie powstania warszawskiego, niespełna miesiąc po mężu. Nie miała nawet dwudziestu dwóch lat. 

https://www.facebook.com/kamienienaszaniec/posts/2388727957841731/

Na koniec mało znany wiersz Kazimiery Iłłakowiczówny z cyklu Portrety imion, poświęcony św. Barbarze, patronce dobrej śmierci i tych, co są na nią szczególnie narażeni (górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze...):
Obca wśród swoich, struchlała zawsze, gotowa z lęku do walki,
bezbronna wobec dziecka, służącej i rywalki,
lubi pokoje, w których słońce na grubych pokładach kurzu leży,
lubi ciszę, ciasnotę i mur gruby - tak by było coś na kształt wieży.
Szuka męczeństwa, brnie wszędzie, gdzie trud, znój i opór,
i patrzy tylko, gdzie by głowę położyć pod topór.
Lgnie do biednych, brudnych, chorych i nieporządnych,
wielbi uczonych i śmieje się cicho z przesądnych.
Rzuca się jak lew w niebezpieczeństwo i lęka się pająka, myszy i kwiatu
- Barbara męczennica, obca sobie i światu.

A Wy jakie znacie Barbary w literaturze? Piszcie w komentarzach.

Dzisiejszym Solenizantkom życzę udanego dnia i wszystkiego, co najlepsze.

środa, 22 listopada 2023

"Znachor" w czterech odsłonach

Powieść Tadeusza Dołęgi-Mostowicza z roku 1937 pod tytułem Znachor doczekała się już trzeciej ekranizacji. Pierwszą wyreżyserował Michał Waszyński kilka miesięcy po ukazaniu się książki. Doborowa obsada najlepszych polskich aktorów międzywojnia (Kazimierz Junosza-Stępowski jako profesor Wilczur, Elżbieta Barszczewska w podwójnej roli żony i córki profesora, Witold Zacharewicz, Mieczysława Ćwiklińska i inni)  zapewniła filmowi sukces. 

Trzej odtwórcy roli znachora (https://stare-kino.pl)

Po raz drugi Znachorem zajął się Jerzy Hoffman. Jego ekranizacja z 1981 roku jest klasykiem polskiej kinematografii, zapewne też dzięki licznym powtórkom telewizyjnym w okresach świątecznych. Cudowny Jerzy Bińczycki, wcielający się w postać Rafała Wilczura, to główna siła napędowa filmu, w którym partnerują mu młodziutka Anna Dymna, a także m.in. Tomasz Stockinger, Bernard Ładysz, Artur Barciś, Andrzej Kopiczyński, Jerzy Trela, Piotr Fronczewski.

Jerzy Bińczycki i Artur Barciś
(screen z YouTube/Akademia Polskiego Filmu)

I wreszcie trzecia adaptacja, z tego roku, w reżyserii Michała Gazdy, w której tytułową postać zagrał Leszek Lichota. Na ekranie widzimy też m.in. Marię Kowalską, Mikołaja Grabowskiego, Izabelę Kunę, Roberta Gonerę, Ewę Szykulską czy Macieja Damięckiego. Jest także Artur Barciś, który czterdzieści dwa lata temu grał u Hoffmana młodego Wasylka, syna Prokopa, teraz zaś kamerdynera państwa Czyńskich.

Artur Barciś jako kamerdyner (screen: oficjalny zwiastun Netflixa)

Ekranizacje mają swoje prawa i twórcy filmu mogą puścić wodze fantazji, ale to, co zrobiono z pierwowzorem w najnowszej produkcji, przechodzi ludzkie pojęcie. Weźmy pod uwagę tylko kilka scen. W książce i pierwszych jej adaptacjach żona profesora Wilczura opuszcza go w ich rocznicę ślubu. W najnowszej wersji Znachora, nie wiedzieć czemu, są to urodziny ich córki. Dorosła już Marysia Wilczurówna nie pracuje, jak Bóg przykazał (a Dołęga-Mostowicz opisał) w sklepiku pani Szkopkowej, ale jest kelnerką w żydowskiej karczmie. Tu poznaje zarówno znachora jak i Leszka Czyńskiego. A pracę w owej karczmie załatwia jej przyjaciel z dzieciństwa, Michał, którego nijak nie można znaleźć ani w książce, ani w poprzednich adaptacjach. Mało tego, zastępuje on Wasylka, któremu Wilczur nastawia nogi (co stanowi jedną z kluczowych scen), a który w ogóle nie pojawia się w tej najnowszej wersji. 
 
Maria Kowalska jako Marysia Wilczurówna (screen: oficjalny zwiastun Netflixa)

Marysia jawi się nam jako zadziorna, XXI-wieczna feministka, do tego przeciwna znachorskim poczynaniom Antoniego Kosiby, nie zaś skromna, dobrze wychowana dziewczyna, jaką była u Dołęgi-Mostowicza, Waszyńskiego i Hoffmana. Podobnie Zonia, wiejska kobieta, której zaloty znachor odrzuca (świetnie zagrana przez Bożenę Dykiel w Hoffmanowej wersji), tu staje się uwodzącą go bezwstydną Zośką, a w końcu jego żoną. O wulgarnej w filmie Anno Domini 2023 hrabinie Czyńskiej nawet mi się nie chce wspominać. 

Leszek Lichota (znachor) i Anna Szymańczyk (Zośka)

Tadeusz Dołęga-Mostowicz z pietyzmem opisał proces znachora. Badano nawet, jakich słów używa Kosiba, żeby stwierdzić czy jest prostym chłopem, czy też mógł być człowiekiem wykształconym, który stracił pamięć. Tu mamy jakąś parodię procesu. Rozbudowany przez twórców najnowszego filmu wątek doktora Dobranieckiego przynosi niesmak i nieprawdziwy obraz relacji obu lekarzy. 
Mogłabym tak wyliczać jeszcze długo, ale powiem tylko, że najbardziej mi brakowało sceny, w której Leszek rozsypuje przed Marysią ścięte z ogrodu rodziców róże. Zamiast tej najbardziej romantycznej ze wszystkich chyba scen polskiego kina (tylko nenufary zbierane przez Toliboskiego w ekranizacji Nocy i dni mogą z nią konkurować) jest jakaś mizerna karykatura tego fragmentu, przeniesiona do warszawskiego mieszkania Marysi. 

Maria Kowalska jako Marysia Wilczurówna (screen: oficjalny zwiastun Netflixa)

Gwoździem do trumny jest dla mnie scena końcowa – dwa wesela (Marysi z hrabią Czyńskim i profesora Wilczura z niepiśmienną babą) w wiejskiej chacie. Jprd, jak mówi młodzież. Brak słów. 
Żeby tak wszystkiego nie krytykować, dodam na koniec, że według mnie Leszek Lichota podołał roli, a nie miał lekko. Trudno bowiem było sobie wyobrazić innego znachora niż niezapomniany, kochany, wspaniały Jerzy Bińczycki. Film z jego udziałem był najbardziej wierny książce.

źródło: https://rozrywka.radiozet.pl

Kto nie czytał książki i nie zna poprzednich wersji filmowych, pewnie będzie zadowolony z najnowszej. Ja, niestety, nie zaliczam się do tego grona.