W 104. rocznicę urodzin pisarza Gustawa Herlinga-Grudzińskiego pokażę Wam Monte Cassino, które zwiedzałam kilka dni temu. Minęło właśnie 79 lat od zdobycia tego miejsca przez naszych bohaterów (18 maja 1944), Herling-Grudziński był jednym z nich. Na szczęście przeżył bitwę i dwa dni później świętował swoje 25. urodziny.
 |
Widok na polski cmentarz wojenny na Monte Cassino |
Na górę Cassino wjeżdżaliśmy autokarem kilkanaście minut. Jest wysoka i stroma. Po przebyciu około czterech piątych drogi wysiedliśmy przed bramą polskiego cmentarza.
Tuż za nią, po lewej stronie znajdziemy maleńkie muzeum poświęcone bitwie i jej bohaterom. Można tam zobaczyć zdjęcia, tablice pamiątkowe i kilka osobistych rzeczy walczących.
Na cmentarzu spoczywa 1054 lub 1072 (wg różnych źródeł) poległych żołnierzy Rzeczypospolitej wszystkich jej wyznań: katolików, grekokatolików, prawosławnych, protestantów, żydów, muzułmanów..., w większości wyprowadzonych przez gen. Andersa z sowieckich łagrów. Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, jak wspomniałam, nie ma wśród nich, ale też trafił do armii Andersa z łagru.
Pobyt w Jercewie opisał w "Innym świecie". Tam też znajdziemy informacje na temat zwolnienia Grudzińskiego na mocy traktatu Sikorski-Majski. Po trwającej półtora miesiąca podróży udało mu się dotrzeć do miejscowości Ługowoje w południowym Kazachstanie, gdzie zaciągnął się do 10. Pułku Artylerii Armii Polskiej gen. Władysława Andersa. Dotarł z nią aż pod Monte Cassino.
W stopniu kanoniera służył w 3. Karpackim Pułku Artylerii Lekkiej na stanowisku radiotelegrafisty II dywizjonu. Za walkę m.in. pod Monte Cassino, został odznaczony Orderem Virtuti Militari. Służąc jako bombardier, otrzymał też Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino (nr 466).
Udało mi się być na Monte Cassino w połowie maja, czyli dokładnie w tym czasie, kiedy 79 lat temu nasi rodacy zdobywali klasztor.
W imieniu naszej grupy kwiaty złożył osiemdziesięciopięcioletni porucznik Marek Papużyński (rocznik 1938), który poprosił mnie o towarzyszenie w tej doniosłej chwili.
Kilka osób z grupy odśpiewało pieśń Feliksa Konarskiego "Czerwone maki na Monte Cassino", która powstała w nocy z 17 na 18 maja 1944 roku, kilka godzin przed zdobyciem klasztoru.
Konarski przebywał wtedy w oddalonym o niecałe sto kilometrów Campobasso, siedzibie gen. Andersa (w prostej linii około 50 km, tyle że tam są góry). Słysząc daleki grzmot dział, zapowiadających drugie polskie natarcie na klasztor, napisał naprędce tekst i obudził Alfreda Schütza, kompozytora i dyrygenta, również żołnierza 2. Korpusu, który w kilka godzin skomponował muzykę.
Gdy 18 maja żołnierze 2. Korpusu zdobyli klasztor, w kwaterze generała Władysława Andersa w Campobasso miała miejsce doraźna uroczystość dla uczczenia tego zwycięstwa. Wtedy po raz pierwszy "Czerwone maki..." odśpiewał Gwidon Borucki z udziałem 14-osobowej orkiestry Alfreda Schütza.
 |
Groby Bohaterów spod Monte Cassino |
Niestety, maków nigdzie nie widziałam. Szkoda że nie zasiano ich gdzieś symbolicznie...
 |
Widok na klasztor z cmentarza polskiego |
Od cmentarza do klasztoru benedyktynów trzeba jechać jeszcze kilka minut pod górę.
Założył go w 529 roku Benedykt z Nursji na jednym ze wzgórz Apeninu Środkowego, prawie w połowie drogi pomiędzy Rzymem a Neapolem, w ruinach niewielkiej rzymskiej fortecy i świątyni Apollina.
 |
Napis POKÓJ na bramie klasztornej |
Klasztor na Monte Cassino stał się najważniejszym duchowym miejscem chrześcijańskiej Europy. Św. Benedykt przebywał w nim aż do swojej śmierci. Na Monte Cassino umarła również jego siostra bliźniaczka, św. Scholastyka, założycielka zakonu benedyktynek w Piumarola. Szczątki tych dwojga świętych są najcenniejszymi relikwiami opactwa.
 |
Dziedziniec klasztoru |
Strategiczne położenie budowli przy ważnym trakcie łączącym Rzym z Neapolem, sprawiało, że klasztor wielokrotnie stawał się celem ataku. Jak podaje Wikipedia, w czasie II wojny światowej wzgórze Monte Cassino było świetnym miejscem na bazę w tworzonej przez Niemców Linii Gustawa, ale marszałek polny Albert Kesselring (bawarski katolik), nie zezwolił na ufortyfikowanie tego miejsca, ponieważ byłoby to równoznaczne z wystawieniem na zniszczenie klasztoru, o czym poinformował Watykan i dowództwo aliantów.
 |
Widok na cmentarz polski z klasztoru benedyktynów |
Dziś znany jest fakt, że alianci, przede wszystkim Amerykanie, wiedzieli, że w klasztorze nie stacjonowało niemieckie wojsko, jednak zdecydowali się na bombardowanie obawiając się, że w trakcie bitwy może się to zmienić. Na zbombardowanie klasztoru nalegał gen. Bernard Freyberg, dowódca Korpusu Nowozelandzkiego, którego dywizja miała szturmować górę. Wobec jego stanowczego stanowiska, sztab V Armii amerykańskiej wyraził zgodę na lotniczy atak na klasztor, chociaż wcześniej nie znajdował się na liście celów. Publiczne ogłoszenie przez aliantów godziny bombardowania (15 lutego 1944), pozwoliło więc benedyktynom na zorganizowanie transportu i przewiezienie bezcennych skarbów kultury europejskiej, znajdujących się w klasztorze do Watykanu. W wyniku nalotów klasztor doszczętnie zniszczono (ocalały jedynie krypty św. Benedykta i św. Scholastyki).
 |
Kaplica św. Benedykta i św. Scholastyki |
Kiedy skończyło się trwające trzy dni bombardowanie i niczego już nie można było ocalić, oddział Wehrmachtu zajął górę i ufortyfikował się w rumowisku, które stało się doskonałym miejscem obrony – jego zdobycie kosztowało życie 30 tysięcy żołnierzy.
 |
Jedno z nielicznych zdjęć z 1944 roku eksponowanych na terenie klasztoru |
Ostatecznie linie niemieckie zostały przełamane 18 maja zarówno dzięki natarciom Francuskiego Korpusu Ekspedycyjnego, 2. Korpusu Polskiego oraz brytyjskiej 78. Dywizji, jak i wyczerpaniu sił i środków armii niemieckiej, która tego dnia rano zaczęła wycofywać swe frontowe oddziały. Wtedy to zauważono nad klasztorem białą flagę.
 |
Dziedziniec klasztoru z figurą trzech pierwszych opatów (św. Benedykta, Konstantyna i Symplicjusza) |
Wysłano patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich pod dowództwem ppor. Kazimierza Gurbiela, który, przechodząc bez strat pole minowe o wymiarach 300 × 100 metrów, wkroczył do ruin klasztoru. Wziął do niewoli szesnastu rannych żołnierzy niemieckich pod opieką trzech sanitariuszy i zatknął na murach najpierw proporzec 12. Pułku Ułanów, uszyty na poczekaniu przez plut. Jana Donocika, a następnie polską flagę, którą zatknęli żołnierze z pocztu dowódcy 3. kompanii 5. Batalionu Strzelców Karpackich. Flaga przez cały czas polskiego natarcia noszona była w chlebaku przez st. sierż. Ryszarda Stachurskiego, szefa 3. kompanii.
 |
Żegna nas św. Benedykt ze swoim przesłaniem: Módl się i pracuj |
W samo południe na ruinach klasztoru Monte Cassino polski żołnierz, plutonowy Emil Czech, odegrał hejnał mariacki, ogłaszając zwycięstwo polskich żołnierzy. Wśród nich był młody Gustaw Herling-Grudziński. Jako żołnierz armii gen. Andersa nie mógł wrócić do Polski. Związał swoje życie z Neapolem, ale o tym w kolejnym poście.
Wizyta na Monte Cassino musiała być dla Pani dużym przeżyciem, zwłaszcza w rocznicę tych wydarzeń!
OdpowiedzUsuńTak, dużym. Tam jest niepowtarzalna atmosfera.
UsuńJakoś inaczej wyobrażałam sobie to miejsce
OdpowiedzUsuńJak?
UsuńJako większe i te maki powinny być o tej porze roku
UsuńTeż liczyłam na maki. Nie było ani jednego. Za to w niedalekich Pompejach jest ich mnóstwo.
UsuńNiesamowite, że ta wspaniała pieśń o czerwonych makach na Monte Cassino powstała w ciągu jednej nocy. To sie nazywa przebłysk geniuszu!
OdpowiedzUsuńTo prawda. Niektórym z nas wzruszenie nie pozwoliło śpiewać w tym miejscu...
UsuńMarzę o tym, aby kiedyś zobaczyć to miejsce. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńMarzenia czasami się spełnią:)
UsuńAgnieszko!
OdpowiedzUsuńDzięki Tobie odżyły moje wspomnienia. Trzy razy byłam na Monte Casino. Jestem rodzinnie związana z tym miejscem. Mój Dziadek walczył z Andersem pod M.C. w Ankonie, Loretto i właśnie od przeora zakonu wszyscy Polacy za ocalenie klasztoru otrzymali srebrny prostokątny medalik z Czarną Madonną. Mam tą cenną pamiątkę.
Serdecznie pozdrawiam:)
Chwała Dziadkowi. Zazdroszczę takiej pamiątki. Pozdrawiam serdecznie:)
UsuńCzyli amerykance zburzyli klasztor na próżno?
OdpowiedzUsuńNa to wygląda.
UsuńTakie chwile jak ta podczas składania kwiatów i sama obecność w tym miejscu pozostaje na długo w pamięci. Pozdrawiam serdecznie B
OdpowiedzUsuńTak. Niezwykła chwila. Pozdrawiam serdecznie:)
UsuńAż zajrzałam na swoje zdjęcia, bo jakoś mi się te maki kojarzyły z cmentarzem. Niestety było to kilka sztucznych kwiatków ułożonych na paru nagrobkach. Pamiętam, jak wzruszenie ściskało za gardło, kiedy kładliśmy wieniec. I ja mam rodzinne wspomnienia, brat mojej babci walczył pod Monte Casino. Pozdrawiam
OdpowiedzUsuńTym razem nie było nawet sztucznych. Ale wzruszenie ściskało...
UsuńDziękuję Agnieszko, że sobie o mnie przypomniałaś i zaprosiłaś na ten niezwykły spacer. Naprawdę z przyjemnością zanurzyłam się w przeszłości. Szkoda tylko, że nie było tam maków.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam końcówką maja i liczę, że znowu kiedyś mnie odwiedzisz
A ja dziękuję za odwiedziny i komentarz:)
UsuńTeż miałam łzy w oczach, gdy odwiedzałam to miejsce.
OdpowiedzUsuńPozdrawiam:)*
Pozdrawiam również:)
UsuńDziękuję za ciekawe informacje. Pozdrawiam serdecznie.
OdpowiedzUsuńA ja za odwiedziny i komentarz. Pozdrawiam:)
UsuńByłam na wycieczce w Monte Cassino 3 kąta temu. Mieliśmy przewodniczkę która nic nie wiedziała i nie umiała nas zaciekawić. Nie znala najprostszych faktów o Monte Cassino. Zazdroszczę bo u was ktoś pomyślał o symbolicznych kwiatach, atmosferze. Chyba tak jak Pani muszę wyjeżdżać na własną rękę i nie korzystać z biur podróży. Podziwiaj Panią i jednak troszkę zazdroszczę że nie byłam z wami.
OdpowiedzUsuńPrzewodnicy, zwłaszcza młodzi, są coraz bardziej niedouczeni. Widocznie nikt od nich tego nie wymaga, a szkoda. Pozdrawiam serdecznie.
Usuń